Pożegnanie ze smutkiem

Był sobie raz chłopiec, który jak magnes przyciągał wszystkie smutki. Zauważał wszystkie najmniejsze powody do smutku, nawet takie tyci tyci. A to coś nie wyszło tak, jak by chciał, a to ktoś powiedział coś niemiłego. I te wszystkie smuteczki, które przypominały małe, plastelinowe ludki, przyklejały się do niego, do jego ramion, nóg, głowy.

Smutki te żywiły się myślami chłopca. Im bardziej on o nich myślał, tym większe się stawały. Początkowo ludzie, którzy znali chłopca, próbowali odczepić od niego te smutki. Rozśmieszali go, proponowali wspólną zabawę. Ale chłopiec nie potrafił rozstać się ze swoimi małymi towarzyszami. Przestał odwzajemniać uśmiechy, nie cieszył się z żartów i zabaw. Zamiast tego myślał o swoich smutkach, których było już coraz więcej.

W końcu te małe, smutne, plastelinowe stworki zlepiły się w jednego wielkiego, smutnego stwora. Stwór oplótł szyję chłopca swoimi długimi, lepkimi łapkami i zwisał teraz na jego plecach, jakby był plecakiem, w dodatku bardzo ciężkim plecakiem. Pod jego ciężarem głowa i ramiona chłopca przygarbiły się, a nogi ugięły w kolanach. Znajomi chłopca stwierdzili, że nic na to nie poradzą i przestali zwracać na chłopca uwagę. Już nie pytali, co słychać. Mówili tylko do siebie nawzajem: “To ten chłopiec co ciągle się smuci. Nie proponuj mu zabawy, bo i tak nie zechce“. A dla chłopca było to także kolejnym powodem do smutku. Widział, że nie pasuje do innych ludzi. Ruszył więc w drogę, niosąc na plecach swój smutny plecak.

Idąc tą drogą, nie widział jednak zbyt wiele dookoła. Nie widział słońca na niebie, bo jego ciężka, zmęczona głowa opadała w dół. Nie widział też kwiatów na łące, bo jego myśli były zbyt zajęte rozmyślaniem o smutku. Stwór coraz mocniej oplatał jego szyję i ramiona, i chłopcu naprawdę było już ciężko. Poczuł też, że stwór zaczyna się zmieniać. Stał się kłujący, drapiący i szorstki. Zamieniał się w rozdrażnienie.

Przez zmęczenie i nieuwagę chłopiec potykał się o kamienie. A każde potknięcie było teraz powodem do rozdrażnienia. W końcu nie miał już siły iść dalej. Przysiadł na wielkim kamieniu przy drodze. I gdy tak siedział, rozmyślając o swoim smutku, przyfrunął do niego ptak.

– Witaj. – Powiedział i skłonił lekko głowę, tak by napotkać wzrok chłopca.

– Witaj. – Odrzekł cichutko chłopiec.

Ptak przysunął się nieco bliżej i tak samo cichym głosem powiedział:

– Musi ci być bardzo ciężko nieść na plecach tego stwora.

Chłopiec westchnął tylko. Nie ucieszył się z obecności ptaka, bo dawno zapomniał, jak to jest się cieszyć, ale poczuł, że odpowiada mu ta jego obecność i chciałby słuchać go dalej. A ponieważ ptak był mądrym i uważnym stworzeniem, dostrzegł te uczucia i odezwał się ponownie.

– Potrzebuję twojej pomocy. Czy możesz coś dla mnie zrobić?

Chłopiec zdziwił się, że ktoś prosi go o pomoc. Przecież to on sam zawsze potrzebował pomocy i pocieszenia.

– W moim skrzydle tkwi kolec i nie potrafię sam go wyciągnąć. Dla ciebie to nic trudnego a mi przyniesie wielką ulgę. Czy możesz mi pomóc?

Chłopiec zgodził się pomóc. Obejrzał dokładnie skrzydło ptaka i tak delikatnie jak tylko potrafił wyciągnął kolec.

– Bardzo ci dziękuję. Sprawiłeś mi ogromną radość. – Powiedział ptak.

Chłopiec ponownie zadziwił się, że takim drobnym, prostym gestem sprawił komuś radość. Wydało mu się też, że ciężki stwór na jego plecach zrobił się odrobinę lżejszy.

– Chciałbym ci się jakoś odwdzięczyć. – Powiedział ptak. – Obserwowałem cię już jakiś czas. Bardzo troszczysz się o tego stwora, którego nosisz na plecach i przez to nie masz już siły, żeby rozejrzeć się dookoła. A wokół jest mnóstwo ciekawych i wspaniałych rzeczy.

Chłopiec słuchał, bo nikt wcześniej nie mówił do niego w taki sposób.

– Wezmę cię na swój grzbiet i zabiorę tam wysoko do nieba, żebyś mógł zobaczyć więcej. Ale mam do ciebie prośbę…

Chłopiec patrzył na ptaka z coraz większym zaciekawieniem.

– Nie uniosę was obu. Twój towarzysz jest dla mnie za ciężki. Czy zgodzisz się zostawić go tu na chwilę, na czas naszej podniebnej podróży?

Chłopiec zawahał się. Nigdy nie rozstawał się przecież ze swoim smutkiem. Postanowił jednak spróbować. Powoli odczepił długie, lepkie ręce stwora od swojej szyi i zrzucił go na ziemię, a wtedy… poczuł ulgę. Jego ciało stało się nagle lekkie jak piórko. Nabrał powietrza w płuca i odetchnął głęboko. Wyprostował ramiona, uniósł głowę. Potem wdrapał się na grzbiet ptaka i razem z nim wzbił się w powietrze.

– Lecimy do słońca. – Powiedział ptak. – Pozwól, by ogrzało cię swoimi promieniami.

I chłopiec pozwolił słońcu się ogrzać. Pozwolił też, by wiatr głaskał go po rękach, nogach i twarzy. Usłyszał śpiew innych ptaków, zobaczył w dole łąkę pełną kwiatów. Wcześniej nic z tego nie dostrzegał, bo skupiony był na swoim smutku. Ta krótka, podniebna podróż spodobała mu się. Gdy wylądowali na ziemi, czekał tam pozostawiony przez chłopca jego smutny stwór. Chłopiec zapytał nieśmiało ptaka:

– Co mam zrobić, żeby być szczęśliwy?

– Nie wiem. – Odpowiedział ptak. – Ale jeśli podobała ci się nasza wycieczka, możesz uśmiechnąć się do mnie.

Chłopiec uśmiechnął się i poczuł, że razem z tym uśmiechem wpłynęło do jego serca odrobinę radości. Popatrzył niepewnie na swojego smutnego stwora. A mądry i uważny ptak wyczuł jego niepewność i powiedział:

– Twój stwór długo ci towarzyszył. Może nadszedł czas, żebyś podziękował mu za to, że był przy tobie i pozwolił mu pójść swoją drogą?

Chłopiec zastanowił się przez chwilę. Miło było cieszyć się słońcem, wiatrem i uśmiechać. Może rzeczywiście czas już pożegnać się ze smutkiem i pójść dalej, zobaczyć, co jeszcze go spotka.

– Ja sam nie dam rady. – Powiedział chłopiec do ptaka. – Czy możesz odprowadzić mnie kawałek?

Ptak skinął lekko głową i uśmiechnął się, a chłopiec odwzajemnił ten uśmiech. Potem chłopiec pożegnał się ze swoim smutnym stworem. Nie było to łatwe rozstanie, ale chciał spróbować. Wcześniej jak magnes przyciągał do siebie smutki. Postanowił, że teraz spróbuje rozejrzeć się za drobnymi powodami do radości, choćby takimi tyci tyci.

Dodaj komentarz