Dziwak z Wyspy Środkowej

Na wielce-olbrzymim i wielce-głębokim Oceanie Szmaragdowym, wśród pląsających, wysokich fal rozsiane były maleńkie wyspy. Każda pokryta bursztynowym, gorącym piaskiem i porośnięta różnymi gatunkami drzew i roślin. Jedną z wysp (nazwijmy ją Wyspą Środkową, bo znajdowała się w samym sercu Oceanu Szmaragdowego) zamieszkiwali wysocy i szczupli ludzie o jasnych włosach i jasnej skórze. Z jednej wyspy do drugiej było bardzo daleko, tak daleko, że żaden z mieszkańców Wyspy Środkowej nie wiedział o istnieniu tej drugiej i trzeciej, i czwartej… i nie wiadomo, której jeszcze wyspy. Krążyły jednak legendy przekazywane od lat, że gdzieś daleko, daleko za horyzontem znajdują się jakieś inne lądy. Nikt jednak nie wierzył za bardzo w te bajki, a nawet gdyby ktoś wierzył, to nikt nie miałby ochoty tego sprawdzać, bo wszyscy ludzie czuli się tu ze sobą bardzo dobrze. Byli do siebie podobni z wyglądu i z charakteru, lubili też robić te same rzeczy.

Aż pewnego dnia na wyspie urodził się chłopiec, który na początku wyglądał i zachowywał się tak samo jak inne dzieci, ale im bardziej rósł, tym bardziej stawało się jasne, że różni się on od pozostałych ludzi. Był on niższy i tęższy od innych, miał ciemniejsze włosy i skórę, a na dodatek, jakby tego było mało, coraz bardziej różnił się od innych charakterem i zainteresowaniami. Podczas gdy inne dzieci biegły z głośnym krzykiem kopać piłkę i szalały wśród tańczących fal, on siadał pod drzewem i czytał książkę, a czasami kreślił coś patykiem po piasku, intensywnie się temu przypatrując. Czasami wspinał się na wysokie drzewa i rozglądał dookoła. Ludzie z przymrużeniem oka patrzyli na stawiane przez niego z gałęzi budowle i opowiadane przez niego historie o podróżach w dalekie strony. Mówili mu często, żeby zamiast marnować czas, zajął się czymś pożytecznym. Niektórzy zaczęli nazywać go dziwakiem, a z czasem przezwisko to przykleiło się do niego na dobre.

Raz w roku, w Święto Księżyca mieszkańcy obdarowywali się nawzajem darami. Nie były to jednak zwyczajne podarunki, jakie można by kupić w sklepie, bo na wyspie nie było ani sklepów ani pieniędzy. Obdarowywano się jednak tym, co każdy mógł i chciał podarować drugiej osobie – Szacunkiem, Podziwem, Szczerością, Zaufaniem oraz najcenniejszym podarkiem, Przyjaźnią.

W dziesiąte Święto Księżyca po swoim urodzeniu chłopiec jak zwykle obserwował ludzi, którzy podchodzą do siebie, niosąc w dłoniach srebrzyste kłęby księżycowej poświaty. Kłęby te przekazywali sobie z rąk do rąk, a wtedy przybierały one różne kształty symbolizujące ofiarowywany podarek. Co roku chłopiec marzył o tym, by i jemu ktoś podarował Przyjaźń lub Sympatię. Jednak najczęściej otrzymywał od innych Zdziwienie, a czasem ktoś podrzucił mu Obojętność. Chłopiec przywykł już do tego, jednak z każdym kolejnym Świętem Księżyca coraz bardziej doskwierała mu samotność i coraz bardziej rozmyślał o tym, czy rzeczywiście Szmaragdowy Ocean kryje wśród swoich fal jeszcze inne wyspy, gdzie mógłby spotkać kogoś podobnego do siebie. Rozmyślając tak teraz, spojrzał w wyjątkowo spokojną tego wieczoru taflę wody i zobaczył w niej swoje odbicie.

Jestem inny. Pomyślał. A ponieważ rzeczywiście tak było, chłopiec miał też umiejętność, której nie miał nikt inny na wyspie. Potrafił na każdą sprawę spojrzeć inaczej niż pozostali. I teraz także powiedział sam do siebie w myślach: Gdzieś na pewno jest ktoś, kto jest do mnie podobny.

Zaczął wypytywać sąsiadów o to, czy wiedzą coś o innych lądach, ale wtedy patrzyli na niego z jeszcze większym zdziwieniem i śmiali się do siebie nawzajem. Chłopiec postanowił więc sam się tego dowiedzieć. Coraz częściej czytał teraz różne książki i nikt nie wiedział, że były to historyczne i podróżnicze książki sprzed wielu lat. Były tam czarno-białe rysunki przedstawiające mapy, statki, kompasy. Chłopiec sam kreślił też różne rysunki na piasku, a w czasie gdy inni wspólnie się bawili, on przeszukiwał zapomniane przez wszystkich podziemne skrytki, odkładając na bok znalezione przedmioty. Od czasu do czasu znikał gdzieś na bocznej plaży i wracał dopiero wieczorem bardzo zmęczony. Nikt na to nie zwracał uwagi, bo wszyscy przyzwyczaili się, że chłopiec ma swoje “dziwne” zainteresowania. Aż pewnego dnia chłopiec przybiegł na główną plażę bardzo uradowany.

– Skończyłem! Gotowe! – Krzyczał, śmiejąc się. – Mogę już teraz wyruszyć!

– Dokąd chcesz wyruszyć? – Pytali ludzie trochę zaskoczeni a trochę rozbawieni.

– Wyruszam w poszukiwaniu innych wysp. – Powiedział chłopiec z taką oczywistością w głosie jakby mówił, że dziś jest poniedziałek. – Przecież już dawno wam to mówiłem.

Kilka osób zaśmiało się, jedna Pani machnęła ręką i poszła dalej, a jakiś Pan przewrócił oczami, mówiąc pod nosem “Ten znowu coś wymyśl, poszedłby lepiej w piłkę pograć, jak każdy normalny chłopak“. A potem wszyscy się rozeszli, zostawiając chłopca samego. A on podniósł z ziemi kamyk i cisnął nim z wściekłością w wodę.

– W następne Święto Księżyca dam wam ZNIELUBIENIE! – Krzyknął rozzłoszczony. – Jeśli nadal tu z wami będę. – Dodał już cichutko.

Ale i tak nikt go już nie słyszał. Chłopiec pobiegł między drzewa i przytaszczył za sobą łódkę. Budował ją starannie i pracowicie przez ostatnich kilka tygodni, z materiałów, które znalazł. Najbardziej jednak dumny był ze znalezionego starego kompasu. Wypolerował go teraz dokładnie, pocierając o swoją koszulkę, wziął jeszcze plecak, do którego spakował jedzenie i picie, a potem wepchnął łódkę do wody i wskoczył na jej pokład.

– Kierunek północ, Kapitanie! – Wykrzyknął sam do siebie.

Płynął tak długo, że zrobił się już głodny, a do głodomorów nie należał. I gdy już w jego żołądku odbywał się prawdziwy głodowy koncert, wtedy zobaczył na horyzoncie wyłaniający się powoli ląd.

– To musi być Wyspa Północna! – Powiedział Kapitan znów sam do siebie.

Na spotkanie wybiegł mu chłopiec o kręconych włosach i rumianej buzi.

– Skąd przybywasz? – Zapytał, mierząc go ciekawskim spojrzeniem?

– Z południa, z samego serca oceanu. – Odpowiedział podekscytowany tym spotkaniem mały kapitan.

– A jak masz na imię?

Na to pytanie chłopiec zamyślił się i zasmucił odrobinę.

– Zapomniałem. – Powiedział po chwili. – Wszyscy od dawna mówią na mnie Dziwak.

– Na mnie też tak mówią! – Zawołał ten w kręconych włosach. – Ale, nie możemy przecież mieć takiego samego imienia. Czy mogę wymyślić imię dla ciebie?

– Pewnie!

– Hmmm… Będę cię nazywać… Środkowy, bo przybyłeś ze środka Oceanu.

– Podoba mi się! – Opowiedział uradowany. – A więc ty będziesz Północny, bo mieszkasz na     północy.

– Ha! – Zawołał wesoło ten drugi i razem klasnęli w swoje dłonie.

– Chodź, oprowadzę cię po mojej wyciszalni. – Powiedział Północny.

– Co to takiego WYCISZALNIA?

– No wiesz, to takie miejsce, do którego mnie odsyłają, gdy już jestem za głośno i gdy im za bardzo przeszkadzam. Bo na mojej wyspie wszyscy oprócz mnie są bardzo spokojni. Potrafią godzinami siedzieć w ciszy i bez ruchu, grają w szachy albo czytają książki. A o mnie mówią, że opanowały mnie mrówki i dlatego ciągle się ruszam i hałasuję i często mają mnie dość.

Środkowy słuchał tego z zaciekawieniem.

– U mnie jest trochę odwrotnie. Wszyscy lubią biegać i grać w piłkę, a ja wolę czytać albo coś budować.

Chłopcy patrzyli na siebie w milczeniu. Wyglądało na to, że bardzo się od siebie różnią, ale mimo to każdy z nich poczuł, że lubi tego drugiego.

Środkowy oprowadził Północnego po wyspie i przedstawił go pozostałym mieszkańcom. Ludzie, widząc spokojny charakter chłopca, uśmiechali się do niego życzliwie, co było dla niego dużym zaskoczeniem.

– Widzisz? – Powiedział Północny. – Pasowałbyś tutaj, wszyscy by cię polubili, bo jesteś do nich podobny, nie tak jak ja.

– Ty pasowałbyś do mojej wyspy. – Odpowiedział Środkowy. – Tam też by cię polubili.

Środkowy postanowił zostać jakiś czas na Wyspie Północnej. I chociaż rzeczywiście swoim spokojnym usposobieniem przypominał jej mieszkańców, to bardzo dobrze czuł się w towarzystwie swojego rozbieganego kolegi. Gdy się spotykali w wyciszalni, to Środkowy zazwyczaj siedział pod drzewem, rysując na piasku różne mapy i znaki, o których z zaangażowaniem opowiadał Północnemu. A Północny zwykle biegał wtedy wokół niego, od czasu do czasu zerkając na jego rysunki i wykrzykując “Aha!” albo “Oooo!”, gdy coś go szczególnie zaciekawiło. A gdy już obaj się zmęczyli, to kładli się na plaży i obserwowali chmury. Środkowy leżał cicho i spokojnie, Północny nucił coś pod nosem i turlał się z boku na bok.

Tymczasem na Wyspie Środkowej ludzie zaczęli odczuwać nieobecność Dziwaka. Wszystko wokół nich wydawało im się teraz nudne, nieciekawe, identyczne. Wszyscy wciąż gdzieś biegali, o czymś głośno rozmawiali, grali w piłkę. Nie było wokół nic nowego, interesującego, na co można by zwrócić uwagę. Ludzie poczuli nieśmiało, że tęsknią za swoim Dziwakiem.

A on na wyspie Północnej doczekał kolejnego Święta Księżyca. Tutaj ludzie także wręczali sobie podarki. I gdy nadszedł wieczór wszyscy zebrali się na plaży przy ognisku. Chłopcy siedzieli trochę dalej od pozostałych i obserwowali, jak ludzie zaczynają obdarowywać się nawzajem.

– Ja też mam dla ciebie prezent. – Powiedział nieśmiało Północny. – Ale nie wiem, czy go przyjmiesz.

Z opadającej na ziemię księżycowej poświaty chłopiec uformował kłębek i wręczył go swojemu koledze ze środka oceanu. Gdy Środkowy wziął kłębek, przybrał on najpiękniejszy dla niego kształt. Kształt przyjaźni.

– To najlepszy prezent jaki w życiu dostałem! – Powiedział uradowany i również uformował kłębek księżycowej poświaty. – Chcę ci podarować to samo. – Dodał, kładąc kłębek na dłoni Północnego.

Chłopcy wymienili pierwszy przyjacielski uścisk i z dumą przyglądali się swoim tegorocznym podarkom. A następnego dnia Środkowy zaproponował Północnemu:

– Popłyńmy razem szukać nowych wysp. Jeśli moja wyspa jest w sercu oceanu, a twoja jest na północy, to na pewno jest jeszcze Wyspa Południowa, Wschodnia i Zachodnia. Może i tam spotkamy nowych przyjaciół.

Północnemu spodobał się ten pomysł i tego samego dnia chłopcy wyruszyli w podróż. Swoje przygody i odkrycia zapisywali w specjalnym dzienniku pokładowym, który zatytułowali:

Przygody Poszukiwaczy Przyjaźni na Oceanie Szmaragdowym

                Minął rok, gdy postanowili, że czas wracać do swoich domów. Przyjaciele pożegnali się serdecznie, a  Środkowy obiecał Północnemu, że za kolejny rok przypłynie po niego, by tym razem zabrać go do siebie.

Środkowy wrócił na swoją wyspę w dzień Święta Księżyca. Zdziwił się, że wiele osób przywitało go z uśmiechem, pytając, co u niego słychać. A wieczorem przy blasku księżyca kilka osób podeszło do niego, niosąc swoje podarunki. Tym razem nie było to jednak zdziwienie ani obojętność ale coś zupełnie odmiennego. To było… zainteresowanie i zaciekawienie. Ludzie ci usiedli obok niego i poprosili, żeby opowiedział im o swoich przygodach. A gdy mówił, to nie podśmiewali się złośliwie, ale uśmiechali życzliwie, bo zrozumieli, że ten chłopiec, który się od nich różni, nie jest kimś dziwnym, ale kimś wyjątkowym. I choć wcześniej uważali, że do nich nie pasuje, to teraz pomyśleli, że dzięki niemu ich codzienne życie jest ciekawsze.

 

Smoczy Kodeks

Wysoko nad słońcem, po drugiej stronie nieba, wśród zielonych Gór Pierzastych znajduje się Smocze Królestwo, kraina zwana Dragonią. Włada nią potężny i dzielny Król Wszystkich Smoków, Smok Feliks Wspaniały. Jest on uczciwym i sprawiedliwym królem, a jego poddani czują się dzięki niemu bezpiecznie. Ale dawno temu gdy był on jeszcze małym smokiem, nikt nie wierzył w to, że będzie kiedyś dobrym królem. Wtedy Dragonią rządził tata Feliksa, król Teodor Wielki razem ze swoją żoną, mamą Feliksa, Królową Eureką…

Feliks był wesołym i rozbrykanym smokiem. Uwielbiał latać, śmiać się, bawić i robić innym psikusy. Jego rodzice bardzo go kochali i cieszyli się, że kiedyś zostanie królem Dragonii. Martwiło ich jednak, że Feliks chce robić tylko to, na co ma ochotę i bardzo się buntuje, gdy ktoś każe mu zrobić coś innego.

– Nawet król robi czasem coś, na co nie ma ochoty. – Powtarzała często mama Feliksa.

Feliks bardzo lubił bawić się z innymi smokami. I zawsze ogromnie chciał, żeby wszystko było tak, jak to sobie wymyślił. Nie rozumiał, że jego koledzy mają inne pomysły niż on. Jako królewski smok próbował im często rozkazywać i nie podobało mu się, jeśli ktoś nie chciał go słuchać. A już zupełnie nie znosił, gdy ktoś mu czegoś zabraniał. Gdy Feliks się zdenerwował, potrafił zrobić prawdziwą aferę. Bez opamiętania zionął ogniem, wymachiwał swoim kolczastym ogonem, niszcząc wszystko, co napotkał na swojej drodze, wykrzykiwał też wrogie słowa, które raniły bardziej niż kolce na ogonie.

Pewnego wieczoru zdarzyło się, że Feliks miał wielką ochotę polatać w swojej komnacie. Ponieważ był jeszcze małym smokiem, nie potrafił latać tak doskonale, jak to robią dorosłe smoki. Sunąc wysoko pod sufitem, uderzał swoim kolczastym ogonem o ściany i tłukł różne przedmioty. Mama Feliksa wpadła do komnaty przerażona tym widokiem i stanowczo nakazała synkowi natychmiast wylądować na podłodze. Uparty Feliks nie posłuchał jednak swojej mamy.

– Nie! – Krzyknął spod sufitu. – Ja chcę jeszcze polatać.

I gdy mama próbowała ściągnąć go na ziemię, zaczął krzyczeć i wymachiwać ogonem. A kiedy przelatywał obok nocnego stolika, machnął ogonem tak mocno, że zrzucił na podłogę porcelanową figurkę małej żabki.

– Ups! – Powiedział głośno, lądując na ziemi.

To była figurka, którą mama dała mu kiedyś na szczęście. Feliks wiedział, że mama bardzo lubi tą figurkę. Gdy spojrzał teraz na Królową Eurekę, zobaczył dziwny wyraz jej twarzy.

– Mamo dlaczego ty tak dziwnie na mnie patrzysz? – Zapytał przestraszony, chowając głowę w ramiona.

Mama dysząc ciężko, zbierała z podłogi kawałki porcelanowej żabki.

– Jestem smutna i zła. – Odpowiedziała. – I sama nie wiem czy bardziej jestem smutna czy bardziej zła.

– Czy ta figurka była aż taka ważna? – Zapytał Feliks.

– Ważniejsze od tej figurki jest dla mnie Feliksie, żebyś szanował i wysłuchał, gdy o coś cię proszę.

Mama wyszła z pokoju, zostawiając Feliksa samego, a mały smok zauważył, że chyba jednak bardziej jest ona smutna niż zła. A ponieważ Feliks bardzo kochał swoją mamę, to jemu też zrobiło się smutno.

Feliks chodził do smoczej szkoły, gdzie małe smoki uczyły się różnych technik latania, panowania nad ogniem, poznawały też historię swojej krainy i jej mieszkańców. Uczyła ich mądra i sympatyczna smoczyca, Pani Cecylia. Każdego dnia w szkole był czas na naukę, zabawę i różne obowiązki. Feliks najbardziej lubił zabawę. Gdy Pani Cecylia ogłaszała, że czas ją kończyć i wołała wszystkie małe smoki do kamiennych ławek, Feliks często udawał, że nie słyszy i zostawał sam na polanie, wciąż jeszcze się bawiąc.

– Feliksie już koniec zabawy, teraz czas na naukę. Takie są zasady. – Mówiła Pani Cecylia.

– Ja jestem królewskim smokiem i nie muszę przestrzegać tych głupich zasad. – Odpowiadał Feliks.

Czasami inne małe smoki, widząc, że Feliks wciąż się bawi, też nie chciały się uczyć. Pani Cecylii było wtedy bardzo przykro. I choć lubiła swojego ucznia, to czasem denerwowała się na niego, robiła złą minę i krzyczała. Ale i to nie zawsze działało.

– Feliks pomóż nam posprzątać te gałęzie. – Zawołał kiedyś mały smok, Ignacy.

– Eee, nie mam ochoty, sami posprzątajcie. – Odburknął Feliks.

– To niesprawiedliwe. – Buntowały się inne smoki. – Dlaczego tylko my mamy sprzątać i się uczyć, a Feliks wciąż się bawi?

Ponieważ Pani Cecylia nie wiedziała, co ma zrobić z upartym Feliksem. Opowiedziała o tym jego rodzicom. Również poddani szeptali między sobą, że Mały Feliks nikogo nie słucha i jeśli się nie zmieni, to nie będzie dobrym królem. Król Teodor i królowa Eureka martwili się tymi wieściami.

– Przecież jestem królewskim smokiem, więc mogę robić, co chcę. – Mówił Feliks.

– Bycie królem nie polega na tym, że robisz tylko to na co masz ochotę. Król troszczy się o innych i daje im dobry przykład. – Odpowiadali na to rodzice.

Pewnego dnia Feliks wybrał się na wycieczkę ze swoimi przyjaciółmi smokami, Oskarem i Luizą. Odeszli bardzo daleko od domu i dotarli aż do owczej wioski. Na zielonej polanie, przed swoim domem bawiła się mała owieczka. Feliks pomyślał, że śmiesznie będzie, gdy trochę nastraszy tą owieczkę swoim smoczym ogniem.

– Przecież wiesz, że nie wolno nam bawić się ogniem, takie są zasady. – Próbowali go powstrzymać Oskar i Luiza.

– Jestem królewskim smokiem i mogę robić, co chcę, nie muszę przestrzegać zasad. – Odpowiedział jak zwykle Feliks.

Zaraz potem zakradł się po cichu do owieczki i wypuścił w jej kierunku wielki ognisty podmuch. Owieczka podskoczyła wystraszona i uciekła do swojego domu. Feliks zaśmiał się głośno zadowolony, że jego żart się udał.

– Feliks popatrz! – Krzyknęła nagle Luiza, wskazując na dom owieczki.

Wypuszczony przez Feliksa ogień powędrował z polany aż do drewnianej chatki, w której właśnie była owieczka i wślizgiwał się już do środka. Feliks znieruchomiał przerażony tym, co zrobił.

– Na pomoc! – Zawołała owieczka.

Wtedy Feliks rzucił się na ratunek. Wbiegł do drewnianej chatki i wyciągnął owieczkę na zewnątrz. Bardzo szybko z pomocą przybiegł też słoń, który usłyszał wołanie owieczki. Słoń napełnił swoją trąbę wodą z rzeki i ugasił płonący dom. Na miejsce przybiegły zaraz inne owce. Wieść o pożarze błyskawicznie dotarła także do Dragonii i po krótkiej chwili zaczęły przylatywać smoki. Małej owieczce na szczęście nic się nie stało, ale jej dom był mocno uszkodzony.

Smoki zaczęły szeptać między sobą, że Feliks zachowuje się okropnie i nie nadaje się na króla. A on stał sam ze spuszczoną głową i pomyślał, że mają rację.

Starsze smoki zabrały Feliksa do domu, do jego rodziców. Król Teodor i Królowa Eureka już wiedzieli, co się wydarzyło. Mały smok był pewien, że okropnie go ukarzą i szedł bardzo wystraszony. Ale gdy rodzice go zobaczyli, to najpierw go przytulili, a później powiedzieli wszystkim innym smokom, żeby wróciły do swoich domów, bo oni muszą porozmawiać ze swoim synkiem.

– Mamo, tato, ja nie chciałem zrobić owieczce krzywdy. – Powiedział mały smok przez łzy.

– Wiemy. – Odpowiedziała mama. – Wyciągnąłeś owieczkę z pożaru, jesteś bardzo dzielny. Musisz jednak pamiętać, że nawet królewski smok musi przestrzegać pewnych ważnych zasad.

– A żeby łatwiej ci było o nich pamiętać, to dziś zapiszemy je razem. – Dodał tata. – Stworzymy Smoczy Kodeks dla wszystkich smoków w naszym królestwie.

Feliks długo jeszcze rozmawiał z rodzicami o tym, jakie ważne zasady pomogą jemu i innym smokom czuć się dobrze i bezpiecznie w Dragonii. W końcu ustalili trzy najważniejsze rzeczy, które nadworny pisarz zapisał na kamiennej tablicy:

Smoczy Kodeks

v Swoją siłę i umiejętności wykorzystujemy, by pomagać innym a nie ich krzywdzić

v Jesteśmy tak samo ważni, nie wywyższamy się, ale szanujemy nawzajem

v Gdy ktoś wyrządzi komuś szkodę, to ją naprawia

            Na dole pod tymi zasadami Feliks odcisnął swoją łapę, obiecując, że będzie ze wszystkich sił starał się przestrzegać Kodeksu. Następnego dnia razem z rodzicami przedstawił Kodeks pozostałym mieszkańcom Dragonii. Mały smok przeprosił wszystkich za swoje wcześniejsze zachowanie. Postępując zgodnie z kodeksem, przeprosił też małą owieczkę i pomógł jej odbudować zniszczony dom.

Do tej pory Feliks robił to, na co miał ochotę, nie zwracając uwagi na innych. Teraz gdy ktoś go o coś prosił lub czegoś zabraniał, często miał ochotę postąpić jak dawniej. Wtedy przypominał sobie o Smoczym Kodeksie i swojej łapie odciśniętej tuż pod nim i bardzo mocno przekonywał sam siebie, że potrafi zachować się inaczej. Powoli sprawiało mu to coraz mniej trudności. Mieszkańcy Dragonii zauważyli, że królewski smok się zmienił. A dziś bardzo cenią i podziwiają swojego Króla Feliksa Wspaniałego, najdzielniejszego ze wszystkich smoków.