Niemiś

Zastanawiacie się, co to za dziwne imię NIEMIŚ? Niemiś to taki mały miś, który często mówił NIE… bardzo często… tak często często często:
– Zjedz zdrową zupkę warzywkową.
– NIE!
– Jest zimno, ubierz płaszczyk.
– NIE!
– Pospiesz się, musimy już iść.
– NIE!
– Podaj łapkę wiewiórce Marcysi.
– NIE!
– O jaki ładny, mały miś!
– NIE!
I tak cały dzień, i tak w kółko, do mamy, do babci, do pani i pana.
To było tak, jakby balonik w kształcie słowa NIE przyczepił się do misiowej łapki i dyndał nad nim cały czas. Dyndu dyndu.
Miś Niemiś lubił swój balonik. To był taki bardzo ważny balonik, dzięki któremu miś mógł być inny niż inni. Inny niż mama. Inny niż tata. Inny niż babcia. Inny niż wiewiórka Marcysia i zając Henio. Ale ci inni nie lubili balonika. Gdy go widzieli i słyszeli, ich twarze robiły się czerwone, a powieki drgały niebezpiecznie. Marzyli o tym, żeby miś w końcu powiedział TAK. Marcysia i Henio mówili TAK:
– Zjesz kalafior?
– TAK!
– Ubierzesz zielone skarpety?
– TAK!
– Posiedzisz cichutko na dywaniku?
– TAK!
– Dasz buziaka cioci Basi?
– TAK!
Ale im bardziej ktoś próbował zmusić misia do powiedzenia TAK, tym bardziej on mówił NIE. Mama i tata starali się zrozumieć, że ich synek potrzebuje tego swojego balonika, bo dzięki niemu jest sobą, misiem innym niż wszyscy inni. Ale czasami było to dla nich bardzo trudne. Wtedy złościli się lub smucili. Lub jedno i drugie.
Pewnego dnia Niemiś, Marcysia i Henio bawili się w lesie koło starej sosny. Tak naprawdę, to Henio bawił się z Marcysią, bo gdy chcieli obejrzeć autko Niemisia, ten oczywiście powiedział NIEEEEEE! I tyle było z tego. Nagle podszedł do nich starszy kolega, borsuk Bartek.
– Cześć maluchy. – Powiedział do nich. – Potrzebuję waszej pomocy. Idę zrobić kawał pani Bobrowej i powyrywam jej wszystkie warzywa z ogródka. Ale sam nie dam rady. Pomożecie?
Marcysi i Heniowi nie podobał się ten pomysł. Ale trochę się bali odmówić starszemu koledze. Na szczęście…
– NIE! – Powiedział głośno Niemiś. – Tak głośno powiedział, że aż borsukowi ze zdziwienia oczy zrobiły się wielkie jak nakrętki od słoików po ogórkach. No i poszedł w las.
– Oooo! – westchnęli z podziwem Marcysia i Henio. – Twój balonik ze słowem NIE bardzo nam się przydał. Czy możemy go dotknąć i pogładzić łapkami?
Niemiś zdziwił się, bo pierwszy raz ktoś polubił jego balonik. I razem z wiewiórką
i zajączkiem długo gładzili balonik, ciesząc się, że tak się przydał.
– Chyba twój balonik jest już zmęczony. – Powiedziała Marcysia. – Może odłożymy go na razie na bok, a ty się z nami pobawisz?
Niemiś wystraszył się bardzo, a ze strachu zrobił groźną minę w stronę Marcysi.
– Mam zostawić mój balonik?! – Wykrzyknął. – A co jak odleci i już nie wróci?
Marcysia pomyślała chwilkę i powiedziała bardzo spokojnie.
– To może przywiążemy go wstążką do drzewa i jak będziesz go potrzebować, to go znów zabierzesz? Będzie tu blisko.
Niemiś trochę się wahał, ale ponieważ Marcysia wcale go nie zmuszała, to w końcu się zgodził i przywiązał balonik do drzewa. No i poszedł się bawić. Pozwolił obejrzeć swoje auto. Zgodził się na tańce w trawie. A nawet gdy wołała go mama na kolację, to poszedł.
I wykąpał się po kolacji. Aż mama odetchnęła z ulgą, że taki wieczór spokojny. I podziękowała misiowi za to. Ale balonik miś zabrał oczywiście. Tylko że znalazł dla niego miejsce w swoim domu, gdzie mógłby go czasem przywiązać bezpiecznie. Bo gdy tak leżał sobie w swoim łóżku, czując, jak jego brzuszek spokojnie się podnosi i opada, to myślał sobie, że czasem fajnie jest powiedzieć TAK. A czasem chce być misiem Niemisiem, innym niż wszyscy inni.
I wtedy balonik jest blisko pod ręką. I gdy tak myślał, a brzuch podnosił się i opadał, to
w końcu zasnął. Ciiiiiiiiiiii.
Teraz gdy Niemiś śpi, a jego balonik spokojnie dynda przywiązany do jego łóżka, mogę was zapytać, czy wy też macie taki swój balonik w kształcie NIE? A jeśli macie, to czy macie też takie miejsce, gdzie możecie go czasami bezpiecznie przywiązać? No wtedy gdy np. chcecie, żeby mama odetchnęła z ulgą, że myjecie zęby po kolacji? Jeśli nie macie, to może poszukacie? Tak na wszelki wypadek, żeby zawsze było gdzieś pod ręką 😉

Jesienny liść

W pewnym parku rosło drzewo wśród wielu innych podobnych do niego drzew. Jego gałęzie porastały liście, które, jak to zwykle bywa, nieśmiało pojawiały się wiosną, mocno zieleniły latem, by jesienią przybrać czerwono-złote suknie i wraz z wiatrem sfrunąć na ziemię w wesołym tańcu. Liście nie wiedziały, co czeka je na dole, gdyż nigdy żaden z nich nie wrócił już w tej postaci na drzewo. Mimo to w jakiś trudny dla nich do zrozumienia sposób, czuły, że nadal będą częścią przyrody. Liście akceptowały, że taki jest bieg natury. Lecz pewnej wiosny na jednej z gałęzi drzewa, wśród wielu podobnych liści, wyrósł jeden, który swym zachowaniem różnił się od innych. Był on bardzo niespokojnym liściem. Podczas gdy wszystkie liście wsłuchiwały się w pieśń wiatru i pozwalały mu kołysać się delikatnie w rytm jego melodii, on z całych sił trzymał się sztywno, próbując kontrolować wietrzne podmuchy. O nie, nie będziesz mną rządzić, ja zdecyduję, jak mam się ruszać – Mówił sobie liść. Lubił on mieć wszystko pod kontrolą, czuł się wtedy bezpiecznie. Dlatego im bliżej było do jesieni, tym bardziej stawał się niespokojny. Spoglądał wciąż w dół, w stronę ziemi, próbując dostrzec, co tam jest. Jednak jego wzrok nie sięgał zbyt daleko. Ten niepokój rósł z każdym dniem. A im krócej słońce gościło na horyzoncie, tym bardziej w jego umyśle kiełkowała pewna myśl. Myśl, która stała się teraz jego najważniejszym celem: Nie pozwolę ci wietrze strącić mnie z drzewa. Zostanę na drzewie i nie będziesz mną rządzić. Liść tak bardzo skupił się na tej myśli, że każdy najdelikatniejszy nawet podmuch wiatru odczytywał jako zaczepkę. Z całych sił napinał wtedy swoje nerwy i trzymał się gałęzi. Kosztowało go to sporo wysiłku. Gdy w końcu przyszła jesień był już bardzo zmęczony. Nie zamierzał jednak odpuścić. Inne liście stopniowo jeden po drugim pozwalały, by wiatr uniósł je ku ziemi. Na drzewie było ich każdego dnia coraz mniej. Aż w końcu pozostał on jeden. Złość, którą czuł, wcześniej dodawała mu siły, ale teraz miał już tej siły coraz mniej. I tak naprawdę to się bał. Bał się tego, co będzie, co nieznane i niepewne. Bał się też, że jeśli odpuści, to będzie musiał sam przed sobą przyznać, że jest słaby. Wiatr również nie przestawał. Z zaciekawieniem przyglądał się temu jednemu listkowi, który pozostał jeszcze na drzewie i szeptał:

Hej, jesteś już taki zmęczony. To, że wieję jest dla ciebie trudne, wiem. Ja nie robię tego złośliwie. Po prostu jestem wiatrem i wieję.

Liść coraz bardziej dostrzegał, że jego działania są bez sensu i przynoszą mu więcej szkody niż pożytku.

Czy naprawdę musi być tak, jak chcę? Jestem już taki zmęczony, nie mam już siły… Powiedział w końcu liść. Rozluźnił swoje spięte wcześniej nerwy i zamknął oczy. Wziął głęboki oddech i…

Puścił gałąź. Pozwolił, by wiatr niósł go swobodnie. Czuł, że złość i zmęczenie powoli ustępują miejsca przyjemnemu uczuciu spokoju. W końcu zrozumiał, co to znaczy, czuć się lekkim jak liść na wietrze. To uczucie bardzo mu się podobało. Otworzył oczy i z dystansem obserwował swój lot. Nie starał się przejąć nad nim kontroli. Powoli opadł na ziemię. Nie udało mu się osiągnąć celu, który sobie wymyślił. Nie czuł się jednak przez to słaby. Wręcz przeciwnie, czuł, że postąpił mądrze i że ma teraz dużo więcej energii niż wcześniej, gdyż nie tracił jej na coś, co nie miało sensu.

 

O czym warto porozmawiać z dziećmi po przeczytaniu bajki oraz pomocne zabawy

Czy było kiedyś tak, że czegoś bardzo chciałeś (np. coś mieć, żeby coś się stało lub też coś się nie wydarzyło), myślałeś o tym wciąż i robiłeś wszystko, żeby to osiągnąć, a to się nie spełniało? Jak się wtedy czułeś?

Czy zauważyłeś, że być może twoje działania przynoszą więcej szkody niż pożytku (np. zaczynasz kłócić się z innymi, czujesz się zmęczony)?

Jak myślisz, co by się stało, gdybyś wtedy odpuścił?

Zabawa w spadające liście

W sezonie możemy użyć prawdziwych liści, poza sezonem mogą je zastąpić liście z papieru lub np. skrawki materiału.

Za chwilę podrzucimy nasze liście wysoko w górę. Naszym zadaniem będzie za wszelką cenę utrzymać je w powietrzu. Musimy dmuchać z całych sił, tak by liści nie spadły na ziemię.

Gdy już się zmęczymy, przerywamy zabawę i rozmawiamy o tym, jak się czuliśmy. Jaki wpływ miał na nas tak postawiony cel: “musimy za wszelką cenę”?

Teraz ponownie będziemy próbowali utrzymać liście w powietrzu, ale tym razem nie zakładamy, że musimy to zrobić. Kiedy poczujemy zmęczenie, pozwolimy liściom opaść i wraz z nimi kładziemy się na podłodze, rozluźniamy ciało, odpoczywamy. Jak teraz się czujemy?

Dziewczynka spod Gwiazdozbioru Żyrafy

Pewnej grudniowej nocy, pod jedną z gwiazd szczególnie tej nocy widocznego Gwiazdozbioru Żyrafy, w małym i spokojnym miasteczku przyszła na świat dziewczynka. Miała kasztanowe włosy jak jej mama i zielone oczy jak jej tata. I miała jeszcze coś, czego nie mieli ani mama, ani tata. Jej skórę pokrywały delikatne plamki o lekko brązowym odcieniu – zupełnie jak u żyrafy. I gdy pierwszy raz ujrzeli ją na świecie pokochali jej kasztanowe włosy, zielone oczy i brązowe plamki. Te plamki trochę ich zmartwiły a trochę zastanawiały – skąd się wzięły? Pan doktor, który czuwał nad dziewczynką, gdy przyszła na świat, też jeszcze nie wiedział, skąd wzięły się plamki. Powiedział, że są one częścią dziewczynki i tyle. A później, gdy tata spojrzał w niebo i zobaczył jasno świecący Gwiazdozbiór Żyrafy, zrozumiał, że ta mała dziewczynka będzie dla nich kimś wyjątkowym.

Przywitała świat donośnym krzykiem, a potem ukojona czułym kołysaniem zasnęła w ramionach swojej mamy. Mama i tata kochali ją najmocniej na świecie i towarzyszyli jej w każdym ważnym momencie życia.

Nazwali ją Basia. Tak więc Basia rosła bardzo prędko. Rosły jej ręce, nogi, rosły także brązowe plamki na ciele. Gdy tylko Basia nauczyła się chodzić, to od razu zaczęła też skakać, Bardzo to lubiła, skakała po wszystkim, co się dało: po łóżku, po krzesłach, po trawie, po brzuchu taty, gdy leżał na kanapie. Aż w końcu tata kupił dla niej małą trampolinę i postawił ją w ogródku. I na niej też Basia skakała. Naprawdę wysoko. Basia lubiła też obserwować wieczorem niebo. Tata opowiadał jej o gwiazdach i planetach. Opowiedział też o szczególnie dla nich ważnym Gwiazdozbiorze Żyrafy.

Mała Basia nie tylko rosła ale też stawała się coraz mądrzejsza i bystrzejsza. I już wkrótce zaciekawiła się tym, że wśród wszystkich znanych jej osób tylko ona jedna ma na rączkach, nóżkach i brzuszku plamki – zupełnie tak jak ta żyrafa, co ma cały gwiazdozbiór.

– Mamo, czy w naszej rodzinie jest jakaś żyrafa? – Zapytała raz Basia swoją mamę.

– Nie kochanie, nie ma. A chciałabyś, żeby była? – Odpowiedziała mama z uśmiechem, pod którym kryło się zmartwienie.

Tak, mama zmartwiła się, że Basia może źle się czuć ze swoimi plamkami.

Ale Basia nie czuła się źle. Czuła, że mama i tata i wszyscy najbliżsi, których miała, kochali ją calutką od stóp aż po czubek głowy, a przecież po drodze są też plamki. Basia była po prostu ciekawa.

Razem z Basią rosły też inne dzieci, które znała i te, które dopiero poznawała. I te dzieci coraz częściej przyglądały jej się uważnie. Niektóre, gdy już się przyjrzały i znudziły tym przyglądaniem, to bawiły się dalej w najlepsze. Inne pytały, czemu ma takie plamki. A jeszcze inne pokazywały ją sobie palcami i chichotały.

Basia zaczęła czuć się nieswojo. A już najbardziej nieswojo poczuła się, gdy któregoś dnia jakiś chłopiec powiedział do niej:

– Dziwne te twoje plamy. Czemu ty je wszędzie masz? Nie możesz ich zmyć?

Dziewczynka poczuła, jak nagle robi jej się gorąco. Skurczyła się w sobie i spuściła wzrok. I tym razem po powrocie do domu zapytała mamę już bardziej stanowczo i ze złością w głosie:

– Mamo, dlaczego ja mam takie plamki, a nikt inny ich nie ma?

Mama odpowiedziała jej to, co mówiła już wcześniej:

– Nie wiem dlaczego. Gdy się urodziłaś, one były już z tobą.

– Mamo ja ich nie chcę, czy one kiedyś znikną? Przez te plamy jestem dziwna.

– Słyszę, że czujesz się z nimi źle. Nie wiem, czy one znikną. Ja nie mogę tego sprawić. Mogę za to być przy tobie wtedy, gdy poczujesz się smutna.

Mama przytuliła mocno Basię i zobaczyła, jak rozluźniają się jej dłonie, które wcześniej trzymała zaciśnięte w pięści. A po chwili zapytała jeszcze:

– Czy mogę zdradzić ci pewien ważny sekret?

Dziewczynka z mokrymi od łez oczami, ale bardzo zaciekawiona, kiwnęła głową.

– Rzeczy są takie jakie są. Nie są ani ładne, ani brzydkie, nie są zwyczajne ani dziwne. One po prostu są. Ale musimy nauczyć się patrzeć, żeby je naprawdę zobaczyć… a nie tylko widzieć je tak, jak sobie wymyśliliśmy, że wyglądają. To czasami jest bardzo trudne.

Basia próbowała zrozumieć, o co chodzi mamie, a mama dodała jeszcze:

– Ty jesteś Basią. Masz kasztanowe włosy, zielone oczy i brązowe plamki na ciele. Jeśli ktoś będzie umiał patrzeć, zobaczy taką właśnie Basię, z którą będzie mógł się zaprzyjaźnić.

Teraz Basia już zrozumiała i jeszcze mocniej przytuliła mamę.

Jakiś czas później Basia bawiła się na dworze, gdy podeszła do niej dziewczynka i zaczęła jej się przyglądać zdziwiona. A po chwili powiedziała:

– Ej, co ty masz na rękach?

Basia poczuła, że serduszko tak nieprzyjemnie szybko jej bije. Wzięła wtedy głęboki oddech, zebrała całą siłę, jaką miała w sobie i powiedziała:

– Jestem Basia. Mam takie plamy i już. Jeśli chcesz, możesz się ze mną zaprzyjaźnić. Możemy poskakać razem na trampolinie, jestem w tym naprawdę świetna. Mogę też opowiedzieć ci o gwiazdach i planetach, bo dużo wiem na ten temat. Chcesz?

Dziewczynka otworzyła szeroko oczy i zaniemówiła na chwilę zaskoczona. Potem uśmiechnęła się do Basi i odpowiedziała:

– Jestem Alicja. O planetach to ja za bardzo nic nie wiem, ale założę się, że na trampolinie cię pokonam.

No więc poszły sprawdzić, kto rzeczywiście wyżej skacze. I bardzo dobrze się bawiły. Tak dobrze, że zapomniały już, że miały to sprawdzić. A później Basia na prawdę opowiedziała Alicji o kosmosie, gwiazdach i gwiazdozbiorze żyrafy.

Ale nie zawsze było tak łatwo. Czasem zdarzało się, że jakiś chłopiec albo dziewczynka nie chcieli słuchać jej przyjaznych słów i śmiali się z niej lub mówili coś przykrego. Wtedy Basia wiedziała, że oni nie potrafią jeszcze patrzeć tak, żeby widzieć coś na prawdę (tak jak wyjaśniała jej mama). I chociaż nadal było jej z tym trudno i nieprzyjemnie, to wiedziała, że nie na wszystko można od razu znaleźć rozwiązanie. Przypominała sobie wtedy, że jest Basią, która lubi skakać i wie dużo o gwiazdach, a jeśli ktoś mówi, że jest “dziwna”, to znaczy, że on tak mówi, a nie że Basia taka właśnie jest. A gdy mimo to było jej czasem bardzo źle, bo wyczerpała już wszystkie swoje siły, to szła do kogoś, kto naprawdę umiał patrzeć, np. do mamy i taty. Śmiali się wtedy i bawili albo po prostu w milczeniu gapili na gwiazdy. I to było dla niej naprawdę pomocne.

Zmartwiona Głowa

Pewnego wiosennego dnia w wiosce Indian z plemienia Dudum wszystkie dzieci bawiły się radośnie, tańcząc i śpiewając. Ich rodzice pracowali w tym czasie przy odbudowie mostu zniszczonego przez rzekę. Tylko jeden z chłopców nie bawił się z pozostałymi dziećmi. Stał samotnie z boku, rozglądając się dookoła, a po jego twarzy leciały łzy. Od czasu do czasu ktoś z rówieśników podchodził do niego, żeby zaprosić go do wspólnej zabawy, jednak on trzymał się z boku i wciąż płakał. W końcu dzieci przestały zwracać na niego uwagę. Wiedziały, że chłopiec czeka, aż jego rodzice skończą pracę przy zepsutym moście i zabiorą go do domu.

Ten mały Indianin często płakał też z innych powodów. Gdy czegoś nie potrafił, gdy ktoś odezwał się do niego gniewnym głosem, gdy musiał zrobić coś, czego nie lubi… Wtedy robił się smutny i płakał. Jego uczucia i zmartwienia sprawiały czasem, że nie mógł się poruszyć, zaczynał boleć go brzuch, a nawet zdarzało się, że wymiotował.

Z tego powodu małemu Indianinowi nadano imię Zmartwiona Głowa, i tak też wszyscy na niego wołali.

Jego koledzy i koleżanki chciały mu jakoś pomóc. Próbowały go pocieszać, rozśmieszać, zapraszały do zabawy. I choć bardzo go lubiły, to miały czasem już tego dość, bo Zmartwiona Głowa zamiast bawić się z nimi, cały czas myślał o swoim domu. Gdy grali w zagadki, nie potrafił odgadnąć nawet tych najprostszych, przez co jego drużyna przegrywała.  Gdy budowali tajny szałas w lesie, Zmartwiona Głowa zamiast szukać razem z nimi najlepszych gałęzi, płakał i myślał tylko o tym, kiedy już wróci do domu. Dzieci czuły się bezradne i zmęczone jego płaczem, więc czasami odsuwały się od niego.

Pewnego dnia Zmartwiona Głowa wybrał się z resztą plemienia na poszukiwania rzadkiej i cennej leczniczej rośliny. Szli przez zupełnie nieznane sobie dotąd tereny. W pewnym momencie mały Indianin zauważył, że jest sam, w pobliżu nie było nikogo z plemienia. Krzyczał głośno Hop hop. Ale nikt mu nie odpowiadał.

Jego serce zaczęło bić szybko, brzuch zacisnął się jak pętla, ręce i nogi zaczęły dygotać. W głowie pojawiły się myśli: O nie, co teraz będzie, już nigdy ich nie odnajdę, zostanę na zawsze sam.

Wtedy chłopiec zobaczył przed sobą potężne drzewo. Była to bardzo stara sosna. Indianie z plemienia Dudum zawsze bardzo szanowali drzewa i chętnie siadali przy nich, by porozmawiać z Matką Naturą wtedy, gdy potrzebowali jej pomocy lub rady. Zmartwiona Głowa również podszedł teraz do starej sosny i usiadł przy niej.

– Matko Naturo…  – Powiedział nieśmiało. – Pomóż mi proszę, bo z tego strachu cały się trzęsę i sam na pewno sobie nie poradzę.

Poczciwa sosna zakołysała leciutko swoimi gałęziami.

– Nie musisz radzić sobie sam – Odpowiedziała Matka Natura. – Masz przecież przy sobie swojego najlepszego przyjaciela, który jest z tobą zawsze i wszędzie, gdziekolwiek jesteś i cokolwiek robisz. On ci pomoże.

Mały Indianin rozejrzał się dookoła zdziwiony.

– Nie szukaj go na zewnątrz, poszukaj go w sobie. – Powiedziała Matka Natura. – Ten przyjaciel to twój oddech. On pomoże ci, gdy się martwisz, czujesz lęk lub gniew. Nie musisz walczyć z tymi uczuciami. Możesz je zaakceptować, a gdy są bardzo silne, oddech pomoże ci i będzie z tobą, aż one osłabną i odpłyną powoli z twojego ciała.

Chłopca bardzo zdziwiły te słowa, lecz słuchał dalej.

– Spróbuj go teraz odnaleźć i skup na nim całą swoją uwagę.

Chłopiec zamknął oczy. Teraz lepiej mógł usłyszeć przyjemny, spokojny szum starej sosny i poczuć zapach jej zielonych igieł.

Lecz nieprzyjemne myśli i strach nie chciały tak łatwo odejść z jego głowy i wciąż podpowiadały: O nie! zostaniesz na zawsze sam!

Matka Natura usłyszała te myśli i podpowiedziała chłopcu, by znalazł jakąś rzecz, drobiazg, na którym skupi swoją uwagę.

– Ale co to ma być? – Zapytał mały Indianin.

W tym momencie sosna zakołysała swoimi gałęziami i jakaś mała rzecz spadła na ziemię tuż obok jego dłoni. Dotknął jej z zamkniętymi oczami i rozpoznał, że jest to szyszka. Jej powierzchnia była lekko chropowata, kłująca i lepiła się od żywicy. Chłopiec spróbował skupić na niej całą swoją uwagę tak, jakby była teraz najważniejszą rzeczą na całym świecie. I udało mu się.

– Twoja uważność także jest twoim przyjacielem. – Szepnęła Matka Natura. – Teraz przenieś więc swoją uwagę na oddech.

Chłopiec posłuchał jej. Poczuł jak delikatne, świeże powietrze płynie swobodnie jak rzeka i dociera do jego głowy, rąk, nóg i brzucha. Z każdym wdechem i wydechem jego brzuch powoli unosił się i opadał. Jego serce powoli uspokajało się, ręce i nogi rozluźniały się. Nie zauważył nawet, kiedy z jego głowy odpłynęły nieprzyjemne myśli.

Kiedy poczuł się już zupełnie swobodnie, otworzył oczy. Teraz, gdy jego głowa i ciało były już spokojne, mógł skupić się na tym, jak sobie poradzić w tej sytuacji. Rozejrzał się dookoła i po chwili zauważył na ziemi ślady, które wskazały mu, gdzie szukać swoich towarzyszy. Wcześniej nie widział tych śladów, bo jego umysł zajęty był przez strach i zmartwienia.

– Dziękuję ci mój przyjacielu. – Powiedział mały Indianin, myśląc o swoim oddechu.

Zmartwiona Głowa bardzo zaprzyjaźnił się ze swoim oddechem i od tej pory często wzywał go na pomoc. Gdy zatęsknił za mamą, gdy coś mu się nie udało, gdy czegoś się wystraszył lub czuł się samotny. A oddech zawsze przychodził mu z pomocą. Korzystał też z pomocy swojej uważności, która pomagała mu uporządkować pędzące w głowie myśli.

Gdy Zmartwiona Głowa bawił się z dziećmi na polanie i ogarniała go ogromna tęsknota za domem, przywoływał na pomoc swoich przyjaciół.

Dzieci zauważyły, że ich kolega się zmienił i bardzo się cieszyły, że bawi się razem z nimi. Pewnego razu powiedziały do niego:

– Już nie jesteś Zmartwioną Głową, teraz jesteś już Spokojną Głową. I od tej pory tak go nazywano.

 

 

 

* Bajka ta zainspirowana została książką “Uważność i spokój żabki” autorstwa Eline Snel oraz historiami pewnych dwóch wspaniałych chłopców 🙂

We wspomnianej wyżej książce znajduje się wiele ciekawych pomysłów na ćwiczenia z oddechem i uważnością. Tutaj podaję jeszcze inne, moje pomysły na zabawy i zadania do wykorzystania razem z bajką:

Twoje indiańskie imię – Zastanów się, jak brzmiało by twoje imię, gdybyś był małym Indianinem? A może pasuje do ciebie kilka różnych imion?

Zagadki w ciemno – Poproś kogoś, żeby przygotował dla ciebie kilka przedmiotów, które spróbujesz rozpoznać z zamkniętymi oczami. Podczas próby ich rozpoznawania, możesz głośno mówić o swoich wrażeniach, o tym co przychodzi ci na myśl.

Oaza Spokoju – Wyobraź sobie jakieś miejsce, które będzie oazą spokoju, to może być jakieś fantastyczne i wymyślone przez ciebie miejsce. W czasie zabawy możesz chodzić swobodnie po pomieszczeniu, w którym jesteś i głośno mówić, o wszystkim, co tam widzisz. W pewnym momencie osoba, która bawi się z tobą, mówi: “Teraz wracasz do oazy spokoju”. Wtedy twoim zadaniem jest przywołać w wyobraźni to miejsce i zacząć opowiadać o tym, jak wygląda, co tam robisz. Po chwili można wrócić do obserwowania pomieszczenia, aż znów nie usłyszysz, że czas wracać do oazy spokoju. Na koniec możesz narysować swoją oazę.

 

Złość i góra lodowa

Dawno, dawno temu, za górami i lasami w bardzo mroźnej krainie, na środku Bardzo Zimnego Morza znajdowała się góra lodowa. I choć po wodach tych nieustannie żeglowali różni marynarze w poszukiwaniu drogocennych diamentowych brył lodowych, to góra ta sterczała sobie spokojnie nad powierzchnią wody przez nikogo nie odwiedzana. Działo się tak dlatego, że górę zamieszkiwała Złość. Była ona dość nieprzyjemnym stworzeniem, które potrafiło głośno, a nawet przeraźliwie krzyczeć, gdy tylko ktoś próbował się zbliżyć. Złość wykrzykiwała też często obraźliwe słowa, trzęsła mocno całą górą, powodując śnieżne lawiny, czasem rzucała w powietrze ostre i kłujące sople lodu.

Większość marynarzy omijała górę z daleka, opowiadając sobie nawzajem, że nie ma sensu się do niej zbliżać. Inni omijali ją, bo się jej bali. Byli też tacy, co podpływali blisko i krzyczeli do Złości, by natychmiast opuściła górę, próbowali wypędzić ją na różne sposoby, kierowali do niej wrogie słowa, krzycząc, że mają jej dość i nikt jej tu nie chce, a nawet grozili jej bronią. Czasami Złość wystraszona chowała się gdzieś pod wodę, ale później znów wracała.

Działo się tak przez wiele lat. Aż pewnego dnia w pobliże lodowej góry przypłynął swoim statkiem bardzo mądry i odważny marynarz. Słyszał wiele opowieści na temat góry i jej groźnego mieszkańca, ale jego wielka ciekawość nigdy nie pozwalała mu bezgranicznie wierzyć w to, co tylko słyszał od innych. Marynarz ten miał też w sobie coś, co było jego wielkim skarbem i czyniło go bardzo silnym. Był to spokój. Marynarz już z daleka zobaczył górę lodową i skaczącą po niej Złość. Gdy podpłynął bliżej i Złość go zauważyła, zaczęła natychmiast krzyczeć i trząść całą górą. Marynarz nie wystraszył się jednak i spokojnie podpłynął jeszcze bliżej. Wtedy Złość rzuciła w jego kierunku bardzo ostry sopel lodu i z całej siły dmuchnęła lodowatym wiatrem, chcąc przewrócić jego statek. Marynarz i tym razem zachował spokój. Patrzył na Złość nie ze strachem i nie z gniewem, ale z zaciekawieniem i życzliwością. Dzięki temu dostrzegł, że jest ona znacznie mniejsza i słabsza od niego. I nagle wśród całego tego hałasu, który robiła, wydała mu się ona zupełnie bezradna i bezbronna. Nie chciał jednak, by Złość wyrządziła mu krzywdę, dlatego powiedział do niej pewnie i odważnie, ale też najbardziej spokojnie jak potrafił:

– Widzę cię i słyszę. Nie chcę zrobić ci krzywdy i nie chcę, żebyś ty skrzywdziła mnie. Pozwól mi podejść, bo chciałbym cię poznać i pomóc ci, jeśli zechcesz.

Złość bardzo zadziwiła się tymi słowami. Jej krzyk powoli przycichł, nogi i ręce uspokoiły się. Spojrzała na marynarza i kiwnęła głową na znak, by podszedł do niej.

– Potrzebuję twojej pomocy. – Powiedziała do niego. – Tam pod wodą są moi przyjaciele, musisz pomóc im wyjść, bo sami nie potrafią, a ja nie mam tyle siły.

Zaskoczony marynarz natychmiast wziął się do pracy i z pomocą liny wyciągnął spod wody kilka dziwnych stworzeń.

– Dziękuję ci za twoją pomoc. – Powiedziała Złość i wyjaśniła, że jej przyjaciele, to uczucia: Smutek, Frustracja, Lęk, Poczucie Zagrożenia, Zmęczenie.

– Dlaczego nikogo wcześniej nie poprosiłaś o pomoc, tylko odstraszałaś wszystkich swoim krzykiem i wyzwiskami? – Zapytał marynarz bardzo zdziwiony.

– Ale ja właśnie próbowałam im dać znać.  – Odpowiedziała Złość bezradnie. – Krzyczałam, bo chciałam, żeby mnie usłyszeli, ale oni odpływali, nie zwracając na mnie uwagi albo mi grozili i wyganiali mnie. Myślałam, że jak rzucę soplami lodu, to zrozumieją, ale to też nie pomogło. A potem już na nich wyzywałam, bo się denerwowałam, że mnie nie rozumieją.

– Ach więc to tak… – Szepnął marynarz ze współczuciem.

– Przepraszam, jeśli wyrządziłam ci krzywdę. Nie było to moim celem. Ja tylko chciałam, żeby ktoś pomógł im się wydostać.

Marynarz uścisnął Złość serdecznie i udał się w dalszą podróż. A ona w końcu mogła odpocząć razem z innymi uczuciami, swoimi przyjaciółmi. Była bardzo wdzięczna marynarzowi za jego spokój i zainteresowanie, jakie jej okazał. Gdyby nie on, nikt nigdy by się nie dowiedział, co kryło się pod lodową górą zamieszkiwaną przez Złość.

 

 

 

 

 

 

 

 

Głowa pełna pomysłów

Był sobie raz chłopiec podobny do innych chłopców. Miał ciekawskie oczy i uszy, które interesowały się wszystkim dookoła. Miał wszędobylskie nogi, którym niestraszne były wysokie płoty i ogromne kałuże. Miał dobre i czułe serduszko, które kochało rodziców    i lubiło kolegów. Miał też głowę, w której mieszkały różne fantastyczne pomysły.             I właśnie ta głowa była bardzo uparta. Tak bardzo uparta, że gdy wpuściła do siebie jakiś jeden pomysł, to nie chciała wpuścić już żadnego innego.

Pewnego dnia z samego rana do głowy chłopca wpadł pomysł, żeby pojechać               z rodzicami do Wesołego Miasteczka. Natychmiast oznajmił ten pomysł rodzicom,     na co oni się zgodzili i powiedzieli, że pojadą zaraz po obiedzie. Z każdą chwilą pomysł ten rósł i rósł tak, że po śniadaniu zajmował już prawie całą głowę chłopca. Na żadne inne pomysły nie było już miejsca.

Niestety między drugim śniadaniem a obiadem na niebie pojawiły się ciemne chmury.   Z każdą chwilą przybywało ich coraz więcej i były coraz ciemniejsze. Gdy był już czas na obiad, z chmur zaczął padać gęsty deszcz, a silny wiatr wyginał drzewa                  na wszystkie strony. Rodzice chłopca powiedzieli, że w takim razie niestety nie będą mogli jechać do Wesołego Miasteczka. Gdy tylko chłopiec to usłyszał, bardzo się zdenerwował. Jak to?! Przecież on chciał dziś jechać! Tak miał pomysł!

Mama i tata próbowali zaproponować mu inne pomysły: wspólne gry planszowe, domowe kino z bajkami, pieczenie ciastek. Ale on nadal upierał się, że chce jechać     do Wesołego Miasteczka.

– Nie podobają ci się nasze pomysły? – Pytali rodzice, którzy byli trochę zasmuceni       a trochę zdenerwowani.

– Nie! Nie! Nie! – Upierał się chłopiec. – Już mam swój pomysł z Wesołym Miasteczkiem. Nie chcę innych pomysłów.

I bardzo rozgniewany poszedł do swojego pokoju. Z miną groźną jak u atakującego lwa chłopiec usiadł przy swoim biurku i patrzył, jak za oknem szaleją deszcz i wiatr. Ale ani deszcz ani wiatr nic sobie nie robiły z jego groźnej miny i szalały dalej na całego.         W końcu chłopiec zmęczony i znudzony tym siedzeniem zasnął z głową opartą o biurko.

Gdy tak spał, nagle ze środka jego ucha wygramoliło się coś, co przypominało maleńką żółtą chmurkę. Chmurka podeszła na brzeg biurka, spojrzała w dół i zawołała cichutko:

– Hej, chodźcie już, on śpi!

Wtedy spod biurka wygramoliły się trzy inne chmurki. Każda była w innym kolorze: niebieskim, zielonym i czerwonym. Kiedy już stanęły wszystkie obok siebie, żółta chmurka zapytała?

– To co wskakujecie?

– Wskakujemy! – Odpowiedziały pozostałe chmurki.

I wszystkie trzy podeszły do ucha chłopca, a potem wskoczyły jedna na drugą, tworząc drabinę. Zielona chmurka, która była najwyżej, próbowała teraz wejść do ucha. Niestety w tym momencie czerwona chmura kichnęła i cała drabina się posypała. Chmurki         z łoskotem pospadały z powrotem na biurko. Słysząc ten hałas, chłopiec otworzył oczy i zdziwiony patrzył na te niezwykłe stworki.

– Kim jesteście? – Zapytał.

Chmurki trochę przestraszone nie miały jednak innego wyjścia i musiały przedstawić się chłopcu.

– Jesteśmy pomysłami. – Powiedziała żółta chmurka. – Ja jestem twoim pomysłem, żeby pojechać do Wesołego Miasteczka. A to są pomysły twoich rodziców:

Wspólne granie w gry planszowe – Ukłoniła się niebieska chmurka

Domowe kino z bajkami – Ukłoniła się zielona chmurka

Pieczenie ciastek – Ukłoniła się czerwona chmurka

– Nie chciałeś ich wpuścić do swojej głowy, a bardzo chciały tam wejść i pomóc ci miło spędzić czas z rodzicami, więc próbowały się wdrapać po kryjomu. Nie wyganiaj ich proszę.

Trzy kolorowe chmurki wlepiły w chłopca proszące spojrzenia.

– Ojej, ja, ja… – Wyjąkał chłopiec zakłopotany. – Ja nie wiedziałem, przepraszam, że was nie wpuściłem, wyglądacie bardzo zabawnie.

– A więc, wpuścisz nas? – Zapytały nieśmiało?

– Jeśli nadal chcecie, to wskakujcie.

Chmurki odetchnęły z ulgą i uśmiechnęły się do niego, a potem wskoczyły przez ucho do jego głowy.

A chłopiec także się uśmiechnął się i z głową pełną pomysłów poszedł do swoich rodziców, zastanawiając się, który pomysł ma być pierwszy.

 

Piotruś i Strach

piotrus0002

Lato w tym roku zapowiadało się bardzo gorące i długie. Dla Piotrka zaczynały się właśnie jego pierwsze w życiu prawdziwe wakacje, bo przecież skończył pierwszą klasę. Będzie można odpocząć, długo spać i później kłaść się do łóżka, będzie więcej czasu na spotkania z kolegami i grę w piłkę. Tomek zaprosił Piotrka do siebie na weekend, obiecał że będzie grill i majsterkowanie w garażu. Jedna tylko rzecz bardzo Piotrka martwiła. Choć nikomu nie chciał się do tego przyznać, to bardzo nie lubił burz, a w prognozie pogody usłyszał, że miało być ich całkiem sporo tego lata. Od tej pory, gdy jego rodzice oglądali wieczorne wiadomości, Piotruś siadał razem z nimi w pokoju, udając, że zajmuje się czymś innym, a tak naprawdę czekał na prognozę pogody, żeby usłyszeć, czy w najbliższych dniach będzie burza. Szczególnie nie lubił, gdy burza była w nocy. Wyjący wiatr i świetliste błyskawice przeszywające granatowe niebo sprawiały, że cały się trząsł pod kołdrą, a nie chciał chodzić do pokoju rodziców, żeby nie uznali go za tchórza.

W tym roku pierwsza burza zjawiła się niestety dość szybko. Wieczorem zerwał się silny wiatr, a ciemne chmury przykryły całe niebo. Piotrek czuł się bardzo nieprzyjemnie. Jego żołądek był taki ściśnięty, jakby ktoś zawiązał na nim ciasny supełek, a serce biło mu mocno i szybko jak wielki młot.

Gdy pierwsza błyskawica przecięła granatowe niebo, w pokoju zrobiło się przez chwilę bardzo jasno. Chwilę później dało się słyszeć potężny grzmot.

– Mamo! – Piotrek zawołał tak głośno jak potrafił. – Mamo chodź szybko!

Po krótkiej chwili mama zjawiła się w pokoju.

– Co się stało? – Zapytała zaniepokojona?

– Eee, nic, ja tylko chciałem spytać, czy dałabyś mi szklankę soku? – Piotruś poczuł się nagle bardzo zawstydzony tym, że mama zobaczy, jak on chowa się pod kołdrą przed burzą.

– Synku, czy ty się czasem nie boisz burzy? – Zapytała mama, uśmiechając i siadając obok niego na łóżku.

– Co? O nie, nie, no co ty mamo…

Mama pogłaskała go po głowie, cały czas się uśmiechając. Było jasne, że nie uwierzyła w jego wymówkę, ale bez dalszych pytań wyszła z pokoju. Kolejne błyskawice przecinały niebo, a po każdej z nich następował ten okropny, wywołujący u Piotrka ciarki dźwięk grzmotu. Gdy tylko błyskawica rozświetlała niebo, na ścianie pojawiały się straszliwe cienie przypominające długie ręce i nogi. Wiedział, że to tylko cienie drzew, ale wcale nie czuł się przez to lepiej.

Nagle kątem oka Piotruś zobaczył na ścianie zupełnie inny cień. Wielki, kulisty, mający prawdziwe ręce i nogi. W tym momencie aż podskoczył na swoim łóżku i mocniej naciągnął kołdrę na głowę.

– Witaj Piotrusiu. – Usłyszał czyjś głos tuż obok siebie.

Był pewien, że już kiedyś słyszał ten głos. Piotrek opuścił nieco kołdrę i otworzył oczy. Obok niego na łóżku siedziała nastroszona, włochata kulka z wielkimi oczami. Natychmiast rozpoznał swojego niespodziewanego gościa.

– To ty Strachu? – Zapytał chłopiec trochę zaskoczony jego obecnością. – Dawno cię nie widziałem. Jesteś jakiś większy niż ostatnio. – Powiedział Piotruś, przyglądając się uważnie dawnemu znajomemu.

– To dlatego, że bardzo boisz się burzy. Tak naprawdę to jestem tu już od jakiegoś czasu. Ostatnio, gdy był u ciebie Tomek, padał deszcz i wiał taki potężny wiatr, a ty się bardzo bałeś. Siedziałem sobie wtedy cichutko w szafie, żeby Tomek mnie nie zobaczył.  Teraz przyszedłem, żeby ci pomóc.

– Jak chcesz mi pomóc? – Zapytał zdziwiony Piotruś. – Zrobisz coś, żeby już nie było więcej burzy?

– Nie, tego nie potrafię i nie mógłbym. Pomogę ci radzić sobie, gdy się czegoś boisz. Jeśli teraz nie spróbujemy, to będę rósł i rósł, aż stanę się taki wielki, że będziesz musiał wstawić mi tu dodatkowe łóżko, no i będę przychodził coraz częściej.

Piotrek popatrzył na Stracha nieco zakłopotany.

– Nie myśl sobie, że cię nie lubię, ale wolałbym, żebyś już nie rósł i żebyś nie odwiedzał mnie za często.

– W takim razie musimy coś wymyślić.

W tym momencie do pokoju weszła mama, niosąc szklankę z sokiem, Strach błyskawicznie zniknął, jakby rozpłynął się w powietrzu. Mama usiadła obok Piotrka. Pod pachą trzymała jakieś niewielkie pudełko.

– Co tam masz mamo? – Zapytał chłopiec.

– To apteczka pierwszej pomocy. Tata naprawiał szafkę i niestety skaleczył się w rękę. Muszę zrobić mu opatrunek. Czy chcesz, żebym tu z tobą chwilę posiedziała?

– Nie, nie trzeba. Dzięki za sok mamo. – Odpowiedział Piotrek, starając się wyprostować i przybrać jak najbardziej odważną pozę.

Mama mrugnęła do niego i wyszła z pokoju. Chwilę po tym, jak zamknęła za sobą drzwi, Strach wyczołgał się spod łóżka i wdrapał na nie, siadając obok Piotrka.

– Już wiem jak poradzimy sobie z tym problemem! – Zawołał z dumą Strach. – Twoja mama podsunęła mi pewien pomysł. Zrobimy skrzynkę pierwszej pomocy! Wrzucimy tam pomysły, które ci pomogą, gdy się boisz.

– A skąd weźmiemy te pomysły?  – Zapytał Piotrek. – Ty masz jakieś? Bo ja nie. Gdybym jakieś miał, to pewnie byś nie przyszedł do mnie.

– Na razie jeszcze nie mam, ale przecież każdy się czegoś boi, nawet dorośli, więc może ich spytasz, co oni wtedy robią?

Piotrek podrapał się po głowie i chwilę pomyślał.

– No może mógłbym tak zrobić. Zapytam mamę, babcię i dziadka, ale tata to nie wiem, czy się boi czegokolwiek, on jest bardzo odważny.

Następnego dnia okazało się, że nawet tata czasem się boi. Powiedział o tym Piotrkowi w sekrecie pod warunkiem, że przed mamą będę udawać, że tata niczego się nie boi. Piotrek, chcąc odwdzięczyć się tacie za ten sekret, również zdradził mu swoją tajemnicę, właśnie o tym, że boi się burzy. Wtedy tata powiedział, że trzeba dobrze poznać to, czego się boimy i opowiedział Piotrkowi, czym jest burza, kiedy i dlaczego powstaje. Opowiedział też, kiedy i gdzie możemy czuć się bezpiecznie w czasie burzy, a kiedy może być ona groźna. Ta opowieść bardzo się Piotrkowi spodobała i pomyślał nawet, że burza jest bardzo ciekawym zjawiskiem. Tata poradził Piotrkowi, żeby przypomniał sobie te wszystkie rzeczy, których się dziś dowiedział, gdy tylko znów przyjdzie prawdziwa burza. Tacie spodobał się też pomysł Piotrka, żeby przygotować  skrzynkę pierwszej pomocy i obiecał mu w tym pomóc. Pracowali nad nią w garażu całe popołudnie. Tata pozwolił użyć do niej starych, niepotrzebnych desek, a później Piotrek mógł pomalować ją farbą na swój ulubiony, zielony kolor. Następnego dnia, gdy farba wyschła, Piotrek mógł już zabrać ją do swojego pokoju. Skrzynka pierwszej pomocy w strachowych sytuacjach prezentowała się bardzo elegancko. Z papieru Piotrek wyciął małą karteczkę, na której zrobił napis:

Pierwsza pomoc w strachowych sytuacjach

Napis przykleił na jednej ze ścian skrzynki, a do środka wrzucił kartki z wypisanymi pomysłami, tymi które miały mu pomagać. Znalazły się tam pomysły podrzucone przez mamę, babcię, dziadka i tatę:

Spokojnie oddycham i staram się odprężyć

Zamykam oczy i myślę o czymś przyjemnym

Myślę sobie, że to tylko mój strach jest taki wielki i nieprzyjemny i zaraz sobie pójdzie

Przypominam sobie, że jestem silny i odważny

Wyobrażam sobie, że to czego się boję, wcale nie jest groźne, tylko zabawne

Proszę kogoś, żeby mi towarzyszył, bo razem jest raźniej

 Na okazję do wypróbowania skrzynki Piotrek nie musiał długo czekać. Kilka dni później niebo ponownie zasnuły ciemne, burzowe chmury. O parapet zaczęły stukać najpierw niewielkie krople deszczu, a potem już rozpętała się prawdziwa ulewa. Drzewa wyginały się pod siłą wiatru, a ich gałęzie zaglądały przez szybę okna w pokoju Piotrka. Chłopiec siedział na swoim łóżku, próbując zachować spokój. W myślach powtarzał sobie, że to tylko burza i nic mu nie grozi. Ale potężne grzmoty, błyskawice i wycie wiatru, sprawiały, że trudno mu było skupić się na tych myślach. Jego serce już zaczynało łomotać jak szalone, a zamiast spokojnych myśli w głowie kłębiły się niepokojące  słowa BURZA, STRASZNA BURZA. Nagle usłyszał za sobą skrzypnięcie drzwi od szafy.

– Spokojnie to tylko ja. – Z szafy wygramoilł się Strach, ciągnąc za sobą skrzynkę pierwszej pomocy w strachowych sytuacjach. Mimo, że za oknem grzmiało i huczało, to Piotruś, gdy tylko zobaczył Stracha, zaczął się śmiać na jego widok. A to dlatego, że jego znajomy wyglądał dziś wyjątkowo niezwyczajnie. Miał na sobie biały fartuch, a na głowie biały czepek z czarnym paskiem.

– Strachu dlaczego przebrałeś się za pielęgniarkę? – Zapytał Piotrek, śmiejąc się.

– No wiesz, przychodzę do ciebie z pierwszą pomocą w strachowej sytuacji i pomyślałem, że tak będzie zabawniej i że dzięki temu trochę mniej będziesz się bał.

Strach przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze i wygładził fartuch.

– Całkiem nieźle wyglądam. – Dodał, uśmiechając się do Piotrka.

W tym momencie jednak potężny grzmot rozległ się za oknem i Piotruś podskoczył, strącając z biurka lampkę.

– To jaki pomysł najpierw proponujesz ze skrzynki? – Zapytał Stracha.

– Będę ci towarzyszył, żeby było ci raźniej, to przecież jeden z naszych pomysłów. Na początek proponuję też, żebyś zaczął spokojnie oddychać, rozluźnił się i przypomniał sobie, co twój tata mówił ci o burzy.

Obecność tego włochatego stworka dodała Piotrkowi odwagi, mimo że był to przecież jego strach. Zaczął więc spokojnie oddychać i przypominać sobie, co tata mówił o burzy. Niestety na dźwięk grzmotu znów podskoczył na łóżku jak oparzony. Włochaty stworek bardzo chciał pomóc chłopcu, dlatego zwrócił się do niego z prośbą.

– Czy mógłbyś mi opowiedzieć wszystko to, co powiedział ci tata o burzy? Też chciałbym wiedzieć te wszystkie ciekawe rzeczy.

Piotrek wziął głęboki oddech i zaczął nieśmiało i cichutko opowiadać, to czego się dowiedział. Strach przysunął się bliżej i słuchał z zaciekawieniem. Powoli Piotruś nabierał odwagi i mówił coraz pewniej i głośniej, gestykulując przy tym rękoma, żeby jego znajomy lepiej zrozumiał to, o czym mówi. Co pewien czas Strach wydawał z siebie krótkie dźwięki, takie jak “aha” i “oho”, otwierając przy tym szeroko oczy i buzię. Tymczasem Piotruś tak zaangażował się w swoją opowieść, że nawet nie zwrócił uwagi na kolejne błyskawice, które pojawiały się na niebie.

– Dziękuję Piotrusiu, to było bardzo interesujące. I dzięki temu możemy wykorzystać kolejny pomysł z naszej skrzynki.

Piotrek popatrzył pytająco na Stracha.

– Możesz pomyśleć o burzy, że wcale nie jest taka groźna, ale bardzo ciekawa i interesująca, a może nawet znajdziemy w niej coś zabawnego.

Podczas gdy Piotruś i Strach rozmawiali, burza powoli cichła i oddalała się.

– Świetnie sobie poradziłeś. – Powiedział Strach.

Piotruś poczuł się dumny z siebie, ale za chwilę trochę niepewnie zapytał Stracha:

– Będziesz się tu jeszcze zjawiał prawda?

– Na pewno i to nie jeden raz, bo przecież każdy czasem się czegoś boi. Ale już wiesz, że to nic złego i że można sobie poradzić. – Włochata kulka uśmiechnęła się przyjaźnie.

– Wiesz co Strachu, mam jeszcze jeden wielki problem. – Zaczął Piotrek nieśmiało. – Tomek zaprosił mnie na weekend do siebie. Ale co zrobię, jak będzie burza i sobie nie poradzę? Może lepiej zostanę w domu…

Z dumy, którą czuł przed chwilą, nic teraz nie zostało.

– O nie, co to, to nie! – Powiedział głośno i stanowczo Strach. – Jeśli będziesz unikał różnych przyjemnych rzeczy, dlatego, że się boisz, to wtedy na pewno urosnę. Będę rósł i rósł jak wielki, pękaty balon, a ty będziesz bał się coraz bardziej! To nie jest dobre rozwiązanie.

Piotrek stał z zakłopotaną i wystraszoną miną.

– Jeśli teraz sobie poradziłeś, to i następnym razem sobie poradzisz, musisz tylko próbować. – Dodał Strach już spokojniej i uścisnął dłoń chłopca. – Życzę ci powodzenia, a teraz już zmykam. Być może wkrótce znów się zobaczymy.

Piotrek zdążył jeszcze pomachać na do widzenia swojemu włochatemu znajomemu, zanim ten rozpłynął się w powietrzu. W pokoju została zielona skrzynka z pomysłami. Piotrek wsunął ją pod łóżko. Wiedział, że może się ona jeszcze przydać. Starał się teraz myśleć o tym, co mówił Strach, że to nic złego się bać i że każdy, nawet ten najdzielniejszy, najodważniejszy też się czasem boi. Tylko pewnie nie każdy się do tego przyznaje. Potem położył się wygodnie na swoim łóżku i zamknął oczy.

Może i pod waszym łóżkiem siedzi czasem taka włochata kulka zwana Strachem. Może jest jeszcze malutka, a może już bardzo urosła? Spróbujcie i wy się z nią dogadać i wymyśleć własne pomysły, które pomogą wam w strachowych sytuacjach.

Piotruś i Złość

Ta opowieść zaczyna się z wielkim hukiem… Z wielkim hukiem drzwi wejściowych do domu Piotrka… Piotrka, który wparował przez te drzwi cały czerwony na twarzy, z brwiami układającymi się w kształt litery V (teraz stańcie przed lustrem i spróbujcie sami ułożyć własne brwi w kształt litery V… I co? Jak wam się podoba?). Gdy mama i tata spytali, co u niego słychać, wyburczał coś bardzo niezrozumiałego… w każdym razie nie brzmiało to przyjemnie. Potem wpadł do swojego pokoju jak burza, kopiąc po drodze donicę z kwiatami, aż zabolał go wielki palec u nogi. Jego mięśnie były mocno napięte, a serce łomotało jak szalone.

– Oho! Chyba znów posprzeczał się z kolegami. – Szepnął tata na ucho mamie.

W swoim pokoju Piotrek wskoczył na łóżko, dysząc jak wściekły lew i patrzył groźnie na muchę, która krążyła wysoko pod sufitem.

                Oh, rozerwałbym na strzępy tego wstrętnego Marcela. Nie cierpię go, wszystkich nie cierpię.

Miał ogromną ochotę w coś kopnąć lub uderzyć i już miał to zrobić, gdy nagle usłyszał dziwne dźwięki dochodzące z jego szafy. Coś tam w środku się tarabaniło i jakieś dwa różne głosy sprzeczały się ze sobą. Jeszcze rok temu pewnie by się wystraszył i z krzykiem uciekł na dół do rodziców, ale teraz ma już przecież 7 lat i jest poważnym człowiekiem, więc ostrożnie i powoli podszedł do szafy i przyłożył do niej ucho. Dźwięki były teraz głośniejsze, ale tłumiły je wiszące w szafie ubrania. Piotruś spojrzał przez szparę w drzwiach i aż podskoczył ze zdziwienia, nabijając sobie przy okazji guza na czole. Zaalarmowane tym łoskotem stworzenia z szafy nagle zamilkły. Piotruś nie czekając, co będzie dalej, szybko otworzył drzwi szafy i musiał odskoczyć na bok, gdy wypadły z niej dwa dziwaczne stwory, obijając się o siebie. Rozcierając guza na czole, Piotruś patrzył, jak z podłogi podnosi się najpierw czarna kosmata kulka, stając na cienkich nóżkach, a zaraz za nią gramoli się coś jasnoniebieskiego przypominającego obłok.

– No nie pchaj się, mówię ci! – Zawarczała nieprzyjemnie czarna kulka, patrząc spode łba na błękitny obłoczek.

– Nie pcham się przecież, uspokój się wreszcie. – Powiedziało to drugie stworzenie.

– Ekhm, ykhm – Piotruś postanowił zwrócić na siebie uwagę tajemniczych stworów, z których jeden wydawał mu się coraz bardziej znajomy. – Może mi powiecie, co robicie w mojej szafie?

Chmurka otrzepała kolana i wyprostowała się. Lekko skłoniła głowę i z uśmiechem przemówiła:

– Dzień dobry, Piotrusiu. Ja jestem Spokój, a tego tutaj rozrabiakę myślę, że już znasz. – Wskazała dłonią na czarną kulkę, która próbowała wygładzić swoje kosmate futerko.

– Witaj Piotrusiu, urosłeś trochę od naszego ostatniego spotkania. – Powiedziała kulka już nieco spokojniej. – Swoją drogą, to mógłbyś w końcu posprzątać w tej szafie, ciasno tam jak …

Ale kulka nie zdążyła dokończyć zdania, bo niebieska chmura szturchnęła ją mocno w bok.

– Opanuj się. – Dodała stanowczo chmura.

– Ała! No już dobrze. – Wykrzyknęła kulka i ponownie zwróciła się do Piotrusia. – Chyba mnie pamiętasz, prawda?

Oczywiście, teraz Piotruś już doskonale pamiętał jedną z emocji, które poznał w ubiegłe wakacje. Ten czarny, kosmaty krzykacz to Złość.

– Pamiętam cię. Ale co wy tu robicie?

– No wiesz, ja już od dawna tu do ciebie przychodzę, gdy się zezłościsz. – Powiedziała kosmata kulka. – Choć mnie nigdy nie widziałeś, to trochę ci podpowiadałam, co masz robić, podsuwałam ci krzesła do kopnięcia, wymyślałam różne ciekawe wyzwiska, gdy ktoś cię zdenerwował. No ale od niedawna ten tutaj się przypałętał i chce mną rządzić. – Złość spojrzała na swojego niebieskiego kompana, robiąc przy tym poirytowaną minę. – Mówi, że jesteś już coraz starszy, bardziej dojrzały i musisz nauczyć się nad sobą panować i takie tam bla bla bla… – Ostatnie zdanie Złość wypowiedziała przesadnie  teatralnym głosem, kiwając przy tym śmiesznie głową.

– Bo to prawda. – Wtrącił się Spokój. Ty nie znasz granic, ktoś w końcu musi nad tobą zapanować i pomóc w tym samym Piotrkowi.

– Hej no przecież pamiętasz chyba, że jestem bardzo potrzebna i ważna, tak samo jak inne emocje. – Oburzyła się kulka.

– Oczywiście, że jesteś potrzebna. – Powiedziała spokojnie chmurka. –  Ale Piotruś na zbyt wiele ci ostatnio pozwolił. Sami się zaraz przekonacie, zabieram was na wycieczkę.

Błękitny stwór pstryknął palcami trzy razy, a wtedy pokój zaczął wirować wokół nich jak szalony. Po krótkiej chwili pokój zatrzymał się.

– Chodźcie za mną. – Powiedział tajemniczo Spokój i otworzył drzwi. Jednak ku zdziwieniu Piotrka, za drzwiami wcale nie znajdowały się jak zawsze schody biegnące w dół do kuchni i salonu. Mieli teraz przed sobą długi, wąski korytarz, którym Spokój poprowadził ich za sobą. Na końcu korytarza znajdowały się drzwi a nad nimi tabliczka z napisem KONSEKWENCJE WYBUCHAJĄCEJ ZŁOŚCI. Weszli do środka i znaleźli się w wielkim pokoju. Nie był to zwykły kwadratowy albo prostokątny pokój, była to raczej sala pełna różnych kątów i zakamarków. Zaraz przy wejściu zobaczyli składowisko rozmaitych przedmiotów. Były to zabawki, meble i domowe sprzęty, przybory szkolne. Wszystkie one miały pewną cechę wspólną – były zniszczone. Leżały tu rozbite modele samochodów, połamane kredki, rozklekotane krzesła, pluszowy miś z wyrwanym uchem, rozbity szklany słoń. Aż przykro było patrzeć na tą stertę rzeczy, które kiedyś musiały sprawiać komuś wiele radości, a teraz leżały porzucone i zapomniane.

– To są Piotrusiu rzeczy, które ktoś zniszczył pod wpływem złości. – Powiedział Spokój. – Niestety wielu z nich już nie da się naprawić. Ale to nie jest najgorsze, chodźcie dalej …

Tuż za tym składowiskiem zobaczyli ławkę na której siedziały dzieci, chłopcy i dziewczynki. Wyglądali oni jakby czekali w kolejce do lekarza. I wcale nie byłoby to dziwne, bo każde z nich rzeczywiście potrzebowałoby pomocy. Jeden chłopiec miał wielkiego guza na czole, drugi podbite oko, obok nich siedziała dziewczynka z wielkim śladem po ugryzieniu na ręce i jeszcze jedna z różowym siniakiem na nodze. Był też chłopiec z ręką w gipsie i dziewczynka z plastrem na policzku.

– Co im się stało? – Zapytał Piotruś?

– Każde z nich oberwało w bójce od zezłoszczonego kolegi albo koleżanki. – Odpowiedział Spokój. Całe szczęście, że nie skończyło się to jeszcze gorzej. Ale to jeszcze nie wszystko…

Skręcili teraz w zaułek odgrodzony ścianą, na której wielkimi literami wypisano różne napisy. Były to bardzo nieprzyjemne hasła:

                                               IDIOTA                 GŁUPEK

                                                               WYNOŚ SIĘ                        NIENAWIDZĘ CIĘ

Piotrek aż się zaczerwienił, gdy je czytał.

– Podejdź bliżej i przyłóż ucho do ściany. – Powiedział do niego Spokój.

Gdy chłopiec tak zrobił, usłyszał, jak ściana wykrzykuje mu do ucha napisy, które przed chwilą czytał. Za każdym razem, gdy ściana wykrzykiwała nowy napis, czuł, jakby coś go kuło w głowie, po brzuchu, po rękach, aż musiał odskoczyć na bok.

– Co to było? – Zapytał przestraszony, pocierając bolące od ukłuć miejsca na ciele.

– To te okropne słowa wykrzyczane w złości sprawiają taki ból. – Odpowiedział Spokój. – Potrafią skrzywdzić tak samo albo jeszcze bardziej niż uderzenie czy kopniak. Myślę, że tu możemy zakończyć wycieczkę. To wszystko, co zobaczyliście, to właśnie są konsekwencje wybuchającej złości. Gdy ktoś zupełnie nie panuje nad gniewem, to dzieją się bardzo nieprzyjemne rzeczy. – Zakończył Spokój z poważną miną.

Przez cały czas kosmata czarna kulka towarzyszyła im w milczeniu, mrugając oczami z zakłopotaniem. Błękitny obłok popatrzył na nią wymownie.

– Czy chcesz coś powiedzieć? – Zapytał Spokój.

Kulka wyglądała przez chwilę tak, jakby zupełnie nie wiedziała, co odpowiedzieć. Szybko jednak odzyskała panowanie nad sobą.

– O nie! – Wykrzyknęła.  – To niesprawiedliwe! Pokazujesz nam same najgorsze rzeczy, a przecież dzięki mnie dzieją się też dobre rzeczy!

Złość przemawiała teraz jak oskarżony, który broni się przed sądem. Wyprostowała się i uniosła w górę palec, żeby podkreślić, jak ważne jest to, co mówi.

– Dzięki mnie ludzie nie dają sobie w kaszę dmuchać! Dzięki mnie Karol z II B miał odwagę powiedzieć temu Maćkowi, co ciągle oszukuje w grze, żeby przestał. A Iwonka, ta z przedszkola, nie pozwoliła koleżankom się z niej naśmiewać. A Ty Piotrusiu też nauczyłeś tego Olka z podwórka, że nie wolno zaczepiać młodszych. Gdyby nie ja, to te łobuzy nadal by rozrabiały, bo nikt nie miałby odwagi im się sprzeciwić. Ja jestem jak miecz i tarcza dla dzielnego rycerza, dodaję odwagi!

Złość zakończyła dumnie swoją przemowę, wypinając pierś do przodu i zadzierając głowę do góry.

– No wiesz, ona ma trochę racji. – Wtrącił się Piotruś w obronie Złości.

– Ehhh. No tak, Złość też ma rację – Westchnął Spokój i zwrócił się do naburmuszonej kosmatej kulki. – Ale przyznaj, że jak nikt nad tobą nie zapanuje, to okropne rzeczy się dzieją, właśnie takie, jak tu widzicie! – Spokój mówił teraz już podniesionym głosem, który zupełnie do niego nie pasował.

Kosmata kulka zniżyła nieco głowę i skurczyła się, jakby ktoś spuścił z niej powietrze.

– No jejku jejku, może masz też trochę racji. – Powiedziała skruszona. – To co proponujesz? Bo nie zamierzam znikać zupełnie.

Błękitny obłok podrapał się po głowie. Popatrzył na swojego towarzysza, który skrzyżował teraz ręce na piersi i przybrał stanowczy wyraz twarzy.

– Nie, nie chcę, żebyś zniknęła zupełnie. Jesteś potrzebna Piotrkowi i innym dzieciom też. Wróćmy do pokoju Piotrusia i zastanowimy się, co zrobić.

Gdy znaleźli się z powrotem w pokoju i usiedli wszyscy wokół biurka, nastała niezręczna cisza. Złość wydawała się być wciąż obrażona, tupała nogą o podłogę i patrzyła w sufit. Spokój siedział zamyślony, drapiąc się po głowie, a Piotruś sam nie wiedział, co ma zrobić z tymi dwoma dziwnymi gośćmi.  W końcu Spokój zerwał się z krzesła i krzyknął z uśmiechem:

– Mam! Wymyśliłem! Spiszemy umowę. Tak jak to robią biznesmeni, tylko najpierw musimy negocjować warunki. – Dodał już z poważną miną. – Ustalimy, co Piotruś może robić, gdy się zdenerwuje, a czego nie wolno mu robić.

Spokój był bardzo dumny ze swojego pomysłu. Złość, choć niechętnie, zgodziła się jednak na takie rozwiązanie. Piotrkowi również ten pomysł się spodobał, wyjął więc z szuflady dużą, białą kartkę i kolorowe pisaki. Spokój od razu przystąpił do pracy. Wziął jeden z pisaków i na górze kartki napisał

UMOWA MIĘDZY PIOTRKIEM A ZŁOŚCIĄ

                Pozostało teraz ustalić warunki tej umowy. Dyskusja była bardzo burzliwa. Złość miała takie pomysły jak rzucanie przedmiotami, wykrzykiwanie brzydkich słów no i bójki oczywiście. Przekonywała, że są to szybkie i skuteczne sposoby, żeby lepiej się poczuć i pokazać innym, kto tu rządzi. Ale Spokój stanowczo się temu sprzeciwiał. Proponował, żeby zamiast tego zamykać oczy, wyobrażać sobie przyjemne rzeczy i próbować się uspokoić.  Złość go wtedy wyśmiewała, mówiąc, że to wcale nie pomoże. Piotruś musiał nieraz przerywać ich spory, bo Złość była już o krok od wybuchu.

– Jak ktoś jest niemiły, to po prostu go kopnij, o tak… – Złość już miała zademonstrować, jak, ale Spokój zatrzymał ją szybko.

– Nie, nie, nie. – Powiedział, łapiąc Złość za nogę, tak że kosmata kulka przewróciła się na podłogę. – Lepiej powiedzieć spokojnie i grzecznie, żeby tak nie robił.

Złość wybuchnęła na to śmiechem.

– I myślisz, że cię posłucha? – Zapytała, chichocząc złośliwie. – Spokojny i grzeczny ton wcale tu nie pomoże. Trzeba mówić głośno i stanowczo!

Dwa stwory wciąż uparcie dyskutowały. Piotruś czasem zgadzał się ze Złością, a czasem wiedział, że rację ma Spokój.

– Jak coś ci nie wychodzi, na przykład nie potrafisz zbudować samolotu z klocków, to rozrzuć je po pokoju i wykrzykuj różne wyzwiska, od razu będzie ci lepiej. – Proponowała dalej Złość.

– Oh nie, nie zgadzam się z tobą. – Sprzeciwił się Spokój. – To ci wcale nie pomoże. Po prostu zrób sobie przerwę, a potem spokojnie spróbuj jeszcze raz, albo poproś kogoś o pomoc.

Spory trwały jeszcze długo. Co kilka chwil czarna kosmata kulka wstawała szybko z podłogi, machając przy tym rękoma i kręcąc głową z oburzeniem. Błękitny obłok przemawiał wtedy cierpliwie,  uspokajającym głosem. Piotruś też zaczął się włączać do tej dyskusji i przedstawił kilka swoich pomysłów. Co pewien czas Spokój prosił Piotrka, żeby na przygotowanej kartce papieru zapisał coś, co już ustalili.

W końcu kartka została całkiem zapisana. Teraz Piotruś i Złość podpisali się na samym dole i podali sobie rękę na znak zawarcia umowy, tak jak to robią dżentelmeni i biznesmeni.

– Gotowe – Krzyknął uradowany Spokój.

Jesteście pewnie ciekawi, co znalazło się na tej kartce… No dobrze, zobaczcie, to przecież nie jest żadna tajemnica, oto i ona:

Piotruś przykleił umowę do ściany nad biurkiem, a potem razem ze Złością i Spokojem stanęli z boku, by podziwiać ich wspólne dzieło. Złość była dumna z tego, że Spokój w końcu przyznał, że jest ona potrzebna i ważna, a Piotruś się z tym zgodził. Cieszyła się też, że będzie mogła odwiedzać Piotrka i towarzyszyć mu choć przez chwilę w różnych sytuacjach. I tak też było. Zdarzało się nieraz, że Piotrek z jakiegoś powodu zaczynał robić się czerwony, zaciskał pięści, zmieniał minę na groźną i wykrzywioną. Wiedział wtedy, że to przychodzi Złość. Na początku nie zawsze pamiętał o przestrzeganiu umowy, ale po pewnym czasie przyzwyczaił się do niej i zauważył, że jest ona bardzo pomocna. Czasem kątem oka udało mu się zauważyć dwa przemykające gdzieś za nim cienie. Nie bał się, bo wiedział, że to Złość i Spokój mu towarzyszą i pomagają poradzić sobie w różnych nieprzyjemnych sytuacjach.

Może i wy spróbujecie dogadać się ze swoją Złością, gdy do was przyjdzie? Ciekawa jestem, jakie pomysły znalazłyby się na waszej umowie.

 

Tymek, Samoś i Inaczek

Był sobie raz chłopiec o imieniu Tymek. Najbardziej lubił on wszystko to, co już dobrze znał: swoich rodziców, swój dom, swojego przyjaciela Kubę, stare trampki, które już go trochę cisnęły w palce, miodowe płatki z mlekiem na śniadanie, Panią Basię z przedszkola i drogę przez las, którą co rano jeździł z tatą… no i jeszcze najbardziej lubił pewnego stworka, który zawsze mu towarzyszył. To był taki mały, śmieszny stworek, którego wygląd, głos i nawet zapach Tymek znał już na pamięć. Gdy Tymek widział tego stworka, to czuł się bardzo dobrze i bezpiecznie. Ten stworek miał takie długie imię … zaraz zaraz, muszę sobie przypomnieć, co to za dziwne imię… Aha już wiem, ten stworek miał na imię: TAK SAMO JAK ZAWSZE. Nie przesłyszałeś się, to właśnie jego imię: TAK SAMO JAK ZAWSZE. Żeby było łatwiej, będziemy go nazywać w skrócie SAMOŚ.

Samoś towarzyszył Tymkowi już od rana w czasie śniadania, gdy Tymek jadł swoje ulubione płatki miodowe. Później jechał z nim i z tatą do przedszkola, tą samą co zwykle drogą przez las. Gdy docierali na miejsce, Samoś szybko biegł przed nimi, żeby zawołać ulubioną Panią Basię i sprawdzić, czy na pewno jest już Kuba. Gdy już to zrobił, Tymek mógł razem z nim iść do swojej najlepszej w całym przedszkolu sali. Przez cały czas Tymek starał się mieć na oku Samosia, bo przy nim czuł się bezpiecznie. Gdy zbliżał się podwieczorek, Samoś dawał znać, że już za chwilę przyjdzie mama zabrać Tymka do domu. Tymek od tego momentu czekał już gotowy do wyjścia.

Ale pewnego dnia wszystko od początku zaczęło się jakoś dziwnie. Tymek wstał rano na śniadanie. Wygodnie rozsiadł się na swoim krześle w kuchni i już chwytał za łyżkę, gdy … ojej! W misce zamiast miodowych płatków była owsianka! Rozejrzał się niepewnie dookoła i nagle zobaczył, że zamiast jego ukochanego stworka o imieniu TAK SAMO JAK ZAWSZE, na drugim krześle siedzi jakiś zupełnie inny stworek. Ten stworek chciał się przywitać z Tymkiem, ale chłopiec odrazu go wygonił przez okno (nie martw się, takie stworki nie mają kości jak ludzie, są takie bardziej gumowe, więc nic mu się nie stało, gdy wyskoczył przez okno). Tymek zaniepokoił się, że nie ma Samosia i wcale nie miał ochoty na owsiankę.

Po nieudanym śniadaniu Tymek wsiadł z tatą do auta, żeby pojechać do przedszkola. Tata powiedział, że pojadą dziś inną drogą, bo musi jeszcze wstąpić na chwilę do Pana Bartka i coś załatwić. Tymek otworzył oczy ze zdumienia. Chciał coś powiedzieć do Samosia, ale jego nie było, a na jego miejscu siedział znów ten inny stworek. Tymek uchylił szybę auta i kazał mu zmykać. Wcale go nie obchodziło, że Stworek uśmiechał się do niego i wyciągał rękę na przywitanie. Był już bardzo zaniepokojony. Przez całą drogę wiercił się niespokojnie i kopał nogami w przedni fotel, tak że aż tata zerkał na niego lekko zdenerwowany.

Ale to jeszcze nie koniec. W przedszkolu stała się rzecz dla Tymka najstraszniejsza. W korytarzu nie przywitała go ulubiona Pani Basia tylko Pani Ela, nigdzie nie widział też Kuby a zamiast Samosia … no nie … to znowu ten dziwny stworek, czego on tu chce?! Tego już Tymek nie wytrzymał. Rozpłakał się z całych sił i za nic w świecie nie chciał wejść do sali. Tata i Pani Ela patrzyli zdumieni. Stworek chciał pocieszyć Tymka i podszedł do niego, ale wtedy Tymek nakrzyczał na niego:

– Idź sobie, nie chcę cię tu, nie lubię cię!

Stworek cofnął się zasmucony i wystraszony, a Tymek uciekł do kąta. Tata podszedł do niego i mocno go przytulił. A potem cichutko rozmawiał z nim przez chwilę. Nikt nie słyszał o czym. Może Ty się domyślasz, co tata mógł powiedzieć Tymkowi? To musiało być coś bardzo ważnego i coś bardzo mądrego, bo potem Tymek zgodził się porozmawiać z tym innym stworkiem.

Stworek przedstawił się Tymkowi:

– Nazywam się INACZEJ NIŻ ZWYKLE, ale możesz na mnie mówić INACZEK. Jeszcze się nie znamy, ale bardzo chciałbym cię poznać i powoli się z tobą zaprzyjaźnić, jeśli mi na to pozwolisz.

Tymek patrzył na niego nieufnie, więc Inaczek znów się odezwał.

– Powiedziałeś, że mnie nie lubisz, ale przecież jeszcze mnie nie znasz. Jeśli dasz mi       szansę, może się okazać, że ja też jestem fajny. Będziesz mógł mnie polubić tak jak Samosia.

Tymek zauważył, że stworek jest trochę zasmucony. To pewnie przez to, że tak na niego nakrzyczał.

– Dziś nie ma Pani Basi i Kuby. – Powiedział zmartwiony Tymek.

– To może dasz szansę Pani Eli i innym kolegom? – Zapytał Inaczek. – Oni też mogą być fajni. A przecież Pani Basi i Kuby też kiedyś nie znałeś. Musiałeś dać im szansę, żeby ich poznać.

Tymek zastanowił się prze chwilę.

– No dobrze, spróbuję. – Powiedział w końcu. Potem spokojnie już pożegnał się z tatą i wszedł do sali razem z Panią Elą.

Inaczek okazał się być sympatycznym i pomocnym stworkiem. Pomógł Tymkowi poznać nowych kolegów, z którymi wcześniej chłopiec się nie bawił. Pani Ela też była miła. Tymek czuł się dobrze, mimo że nie było przy nim Samosia. Pomyślał nawet, że jutro rano spróbuje na śniadanie owsianki.

Piotruś i Smutek

Piotruś i Smutek

                Pamiętacie Piotrusia i Emocje? Minęło już sporo czasu odkąd Piotruś spotkał tych sześć przedziwnych ale sympatycznych stworzeń. Dziś spotkał się ponownie z jednym z nich, choć spotkanie to wcale nie zaczęło się przyjemnie, Jeśli macie swoją ulubioną zabawkę, na pewno to zrozumiecie. Posłuchajcie więc…

Kapitan Grzmot nie był zwykłym robotem. Był ulubioną zabawką Piotrka. Potrafił stać na baczność, maszerować, a nawet powiedzieć głośno „Zadanie wykonane!”. Teraz niestety leżał na podłodze z połamaną ręką i nogą. Piotruś stał nad nim, patrząc z niedowierzaniem. Przed chwilą grali w piłkę razem z Tomkiem. Tomek chciał kopnąć piłkę do Piotrka, ale piłka odbiła się od ściany i poszybowała w stronę półki z zabawkami. I wtedy właśnie to się stało. Robot spadł na ziemię z wielkim hukiem. Tomek przestraszony spojrzał najpierw na robota a potem na Piotrka.

– Ojej, Piotrek, przepraszam, nie chciałem… – Powiedział Tomek bardzo zmartwiony.

Piotrek zacisnął pięści i poczerwieniał na buzi.

– Idź stąd! – Wykrzyknął do Tomka. – No idź stąd, nie chcę cię tu! – I zaczął wypychać kolegę za drzwi.

Do pokoju weszła mama Piotrka zaalarmowana hukiem i krzykami.

– Chłopaki co się dzieje? – Zapytała.

– Ten głupek zniszczył mi robota, niech stąd idzie!

– Piotrek, nie wolno tak mówić do kolegi. Powiedz mi spokojnie, co się stało.

Ale chłopiec wcale się nie uspokoił, tylko jeszcze mocniej poczerwieniał i zaciskał pięści.

– Wszyscy stąd idźcie, nie chcę was tu! – Krzyknął głośno i kopnął stojące obok niego krzesło tak mocno, że przewróciło się z hałasem na podłogę.

– Chodź Tomek, odprowadzę Cię do drzwi. Piotrek chyba musi przemyśleć swoje zachowanie. – Powiedziała mama i razem z Tomkiem wyszła z pokoju, zostawiając Piotrka samego.

Nikt nie zauważył, że spod łóżka, w ukryciu obserwuje ich para wielkich smutnych oczu. Oczy zamrugały kilka razy i zniknęły w ciemności pod łóżkiem.

Gdy później mama wróciła do pokoju Piotrka, siedział on na podłodze, przecierając oczy. Obok wciąż leżał roztrzaskany robot. Chłopiec, widząc mamę, przybrał naburmuszony wyraz twarzy. Mama usiadła obok niego i spojrzała na robota.

– Pewnie jest ci smutno z powodu Kapitana Grzmota. Wiem, że to twoja ulubiona zabawka. Tomek też się tym bardzo zmartwił.

– Wcale nie jest mi smutno! A Tomek jest głupi i ten robot też jest głupi, już go wcale nie chcę!

Piotrek wstał ze zmarszczoną miną, a wychodząc z pokoju, szturchnął nogą robota.

***

                Za oknem w pokoju Piotrka było już ciemno. Księżyc spokojnie wisiał na niebie w towarzystwie miliona gwiazd. Spod zielonej kołdry w żaby wystawała potargana czupryna chłopca. Choć mama życzyła mu jak zwykle spokojnych snów, to dzisiejszej nocy jego sny wcale nie były spokojne. Przewracał się z boku na bok, jego palce zaciskały się mocno na kołdrze, a nogi napinały się, jakby były gotowe do biegu. Na szafkę przy łóżku wspięło się COŚ i przycupnęło tuż obok nocnej lampki, patrząc na Piotrka. Przewracało oczami w prawo i w lewo, w górę i w dół, aż zatrzymało swoje spojrzenie na twarzy chłopca. Piotrek przez sen zaciskał mocno powieki. Spod tej prawej na zewnątrz próbowała wydostać się łza i choć Piotrek jeszcze mocniej je zaciskał, to łza w końcu się wydostała. Spłynęła po policzku, a potem spadła na ramię chłopca. Podniosła się i rozejrzała dookoła. Najpierw zobaczyła żaby na zielonej pościeli i aż podskoczyła wystraszona, ale na szczęście nie były to prawdziwe żaby. Już prawie się uspokoiła,  gdy nagle coś się pod nią poruszyło i BACH… przewróciła się. Wspięła się do góry wyżej i wyżej, aż zobaczyła wystającą spod kołdry buzię w brązowej potarganej czuprynie. Buzia mruczała coś niespokojnie i marszczyła brwi.

– Ach tak, więc to ten chłopiec płacze – Pomyślała Łza. – Ale zaraz, gdzie są inne łzy? Czy jestem tylko ja jedna?

Gdy się tak zastanawiała, poczuła nagle, że ktoś ją obserwuje. Spojrzała w górę. Na szafce przy lampce siedziało COŚ. W świetle księżyca widać było jego niebieskie futerko i parę wielkich oczu. Te oczy patrzyły w taki sposób, że Łza od razu poznała, kim jest to stworzenie.

– Ty jesteś Smutek, prawda? – Zapytała cichutko, wspinając się do niego w górę.

– Tak, jestem Smutek. – Odpowiedziało stworzonko również cichutko.

– A co ty tu robisz w nocy?

– Przyszedłem do Piotrusia. Mogę go odwiedzać tylko w nocy, kiedy śpi. W dzień nie pozwala mi się pokazywać i udaje wtedy, że się złości.

– Dlaczego? – Spytała zaciekawiona Łza.

– Pewnie się boi, że zostanę za długo i już sobie nie pójdę. Albo, że inni będą go uważać za mazgaja. A przecież ja nie chcę zostać na zawsze, tylko na chwilę, później bym sobie poszedł.

– A dziś dlaczego przyszedłeś?

– Z powodu ulubionej zabawki Piotrka. Jego robot spadł na podłogę i się roztrzaskał. Wiem, że Piotrek był cały dzień bardzo smutny, ale nie pozwolił mi się pokazać. Zamiast tego krzyczał, przewrócił krzesło i kopnął w drzwi. Wszyscy myśleli, że jest zły i denerwowali się na niego. Tylko ja wiem, że mu smutno, ale Piotrek nikomu o tym nie powiedział. Wolał udawać groźnego złośnika.

Łza popatrzyła na chłopca, który wciąż niespokojnie się kręcił.

– Czy możemy mu pomóc? – Zapytała.

Smutek podrapał się po niebieskiej czuprynie i mrucząc pod nosem, zaczął chodzić w kółko.

– Wiem! – Powiedział w końcu. – Skoczył z szafki na łóżko, po kosmyku włosów wdrapał się na głowę Piotrusia i wyszeptał mu do ucha:  Śpij Piotrusiu, śpij spokojnie, niech ci sen się przyśni o mnie.

W tym momencie jedna z gwiazd sfrunęła przez okno i tuż nad ich głowami zamieniła się w srebrny pył. Cały pokój zawirował, jakby ktoś zakręcił go na karuzeli. PSTRYK. Wszystkie gwiazdy zgasły na chwilę, tak że nic nie było widać. Lecz, gdy zaświeciły znowu, nie było już Piotrusiowego pokoju. Smutek i Łza stali teraz na wąskim, drewnianym moście. Pod nimi cichutko szumiał strumyk, a na srebrzystej tafli wody widać było cienie pływających ryb. W oddali zobaczyli idącą do nich postać. Gdy postać była już blisko, rozpoznali Piotrusia.

– Ojej! – Zdziwiła się Łza.

Piotruś też był bardzo zdziwiony, aż przecierał oczy ze zdumienia

– Cześć Piotrusiu. – Odezwał się Smutek. – Pamiętasz mnie?

Piotruś przyjrzał się stworkowi z niebieskim futerkiem. Oczywiście, że go pamiętał. Był jedną z emocji, które poznał w czasie ostatnich wakacji.

– Cześć Smutku. Co ty tu robisz? I gdzie my jesteśmy? – Zapytał chłopiec, rozglądając się niepewnie dookoła.

– Jesteśmy w twoim śnie Piotrusiu. – Odpowiedział Smutek. – Nie mogłem spotkać się z tobą inaczej, bo mi nie pozwalałeś. Byłeś smutny, ale udawałeś, że się złościsz.

– Tak, tak, to prawda. – Wtrąciła się malutka Łza. – Ledwo co udało mi się wydostać z twojego oka, gdy spałeś.

– Ojej, to ty jesteś moją łzą? – Zdziwił się Piotruś.

– Tak, i tylko ja się wydostałam, jestem bardzo dzielna. – Mała kropelka wyprostowała się z dumną miną.

-Piotrusiu, za tym mostem mieszka pewna dziewczynka. Przytrafiło jej się ostatnio coś bardzo przykrego. – Powiedział Smutek.

– Co takiego? – Zaciekawił się Piotruś.

– Zgubił się jej ukochany pies. Chciałbym, żebyś poznał tą dziewczynkę. Chodźmy, już słońce wstaje.

***

                Gdy Piotruś, Łza i Smutek dotarli na miejsce, wdrapali się na rozłożyste drzewo tuż obok domu dziewczynki. Po kilku chwilach zobaczyli w oknie jej buzię. Patrzyła smutno przed siebie. Na biurku leżał jej rysunek przedstawiający kudłatego pieska.

W pokoju obok rozmawiały ze sobą mama i ciocia dziewczynki. Choć Piotruś nie wiedział, jak to możliwe, doskonale wszystko widział i słyszał, co mówią.

– Jaka ona dzielna, w ogóle nie płacze, nie marudzi, taka rozsądna dziewczyna! – Mówiła ciocia.

– Tak, tak, bardzo dzielna, nie sądziłam, że tak spokojnie to przyjmie. – Przytaknęła jej mama.

– Ojej. – Krzyknął nagle Piotruś. – Tam ktoś jest, tam w pokoju, siedzi w kącie, jest bardzo podobny do Ciebie Smutku.

Rzeczywiście w pokoju dziewczynki, w kącie siedział sobie cichutko niebieski stworek, na którego nikt nie zwracał uwagi.

– To mój kuzyn Piotrusiu. Jest smutkiem tej dziewczynki. Ale nikt tam go nie widzi. Przez ostatnich kilka dni bardzo urósł. Im bardziej dziewczynka udaje, że go nie ma, tym on staje się większy.

– Ale czemu ona tak udaje? Przecież widzę, że jest smutna. – Dziwił się Piotruś.

Smutek i Łza spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Łza, która poznała już dziś odpowiedź na to pytanie, powiedziała do Piotrka:

– Może ona chce być bardzo dzielna i myśli, że jak zacznie się smucić i płakać, to inni powiedzą, że jest beksą.

– Aha. – Mruknął Piotruś cichutko i lekko się zarumienił. – Wcale nie uważałbym jej za beksę, gdyby się rozpłakała.

Tymczasem dziewczynka wyszła na podwórko. Tuż za nią kroczył jej niewidzialny smutek. Szedł spokojnie nie zauważony przez żadnego z domowników.  Piotruś poczuł, że jest mu ogromnie żal tej dziewczynki. Szybko zeskoczył z drzewa i pobiegł do niej.

– Hej, stój. – zawołał zdyszany. – Ja wiem, że jest ci smutno, nie musisz udawać!

Dziewczynka przestraszona, spojrzała w jego stronę.

– Kto ty jesteś? – Spytała.

– Ja jestem Piotrek, ale zobacz, tam za tobą chodzi taki stworek. Nie widziałaś go wcześniej, ale on tu cały czas jest. To jest smutek i on ciągle rośnie i rośnie, bo udajesz, że go nie ma. – Piotruś wyrzucał z siebie słowa, zmęczony szybkim biegiem.

Dziewczynka odwróciła się i dopiero teraz zobaczyła, o kim mówi chłopiec. Spojrzała w smutne oczy niebieskiego stworka. W tych wielkich oczach, jak w lustrze zobaczyła swoje odbicie. I wtedy w jej własnych oczach pojawiły się łzy. Najpierw pojedyncze małe kropelki, a potem płakała już coraz mocniej. Odwróciła się i szybko uciekła do domu. Przez duże okno Piotruś zobaczył ją, jak wbiega do pokoju i przytula się do swojej mamy. Usłyszał też, jak po kilku chwilach opowiada mamie, że okropnie, ale to bardzo okropnie tęskni za swoim pieskiem. Mama przytuliła dziewczynkę mocno i pocałowała ją. Stojący wciąż na podwórku niebieski stworek uśmiechnął się, a potem zaczął się kurczyć. Gdy był już o połowę mniejszy, ruszył spokojnie w stronę domu, machając Piotrusiowi na pożegnanie.

– Co teraz będzie? – Zapytał Piotrek swoich towarzyszy.

– Teraz, gdy dziewczynka już przyznała się, że jest jej smutno, będzie jej łatwiej poradzić sobie z tym. – Odpowiedział Smutek.

– Czy to ci czegoś nie przypomina Piotrusiu? – Zapytała Łza i spojrzała porozumiewawczo na niebieskiego  stworka.

Chłopiec zawstydził się.

– Chodzi wam pewnie o mojego robota… – Wymruczał cicho pod nosem.

– Tak właśnie o tym mówimy. – Odpowiedział Smutek. – Skoro już zrozumiałeś, to znaczy, że czas wracać.

Stworek zwinnym ruchem wdrapał się po nogawce Piotrka aż na jego ramię i wyszeptał mu do ucha: Sen się kończy, noc ucieka, zbudź się, bo już słońce czeka.

Widok przed oczami chłopca zaczął się rozpływać, blednąć, aż zniknął zupełnie. Piotrek zamknął oczy, a gdy znów je otworzył, zobaczył swój pokój. Leżał spokojnie w swoim łóżku, jakby nigdy nic. Po niebieskim stworku i malutkiej łzie nie było ani śladu. Rozejrzał się dookoła, na podłodze leżały porozrzucane zabawki a wśród nich połamany robot. Piotrek westchnął, wstał z łóżka i podszedł do swojej ulubionej zabawki, delikatnie podniósł ją z podłogi.

– Śniadanie na stole. – Doleciał do niego z dołu głos mamy.

Na twarzy Piotrka nie było już śladów wczorajszej złości, gdy patrzył na swoją zabawkę. Odłożył ją na biurko i zszedł na dół do kuchni.

– Dzień dobry. – Przywitała go mama. – Jak dziś humor?

Piotrek odezwał się trochę zawstydzony.

– Miałaś rację mamo, jest mi smutno z powodu robota. Myślisz, że da się go naprawić?

Mama spojrzała z uśmiechem na chłopca, potem podeszła do niego i go przytuliła.

– Tata na pewno coś wymyśli. – Odpowiedziała z przekonaniem. – A może chciałbyś dzisiaj zobaczyć się z Tomkiem?

– Myślisz, że będzie chciał przyjść?

– Wyjaśnij mu tak samo jak mi, że to twój ukochany robot i dlatego było ci smutno, gdy się rozbił. Na pewno to zrozumie i też cię przeprosi.

Piotrek kiwnął głową na zgodę. Poczuł się już znacznie spokojniej. Pomyślał też, że to nic złego się smucić, a gdy się o tym z kimś porozmawia, to jest znacznie lepiej. Gdyby dobrze rozejrzał się dookoła, zobaczyłby, że pod stołem siedzi ten sam niebieski stworek, który był dziś w jego śnie, tylko, że teraz był o wiele mniejszy.

Po śniadaniu Piotrek powędrował na górę do swojego pokoju, a stworek pomaszerował za nim. Gdy już drzwi zamknęły się za nimi bezpiecznie, stworek lekko pociągnął chłopca za nogawkę.

– Ojej, ty naprawdę tu jesteś! – Wykrzyknął Piotrek zdziwiony.

– Jestem i pewnie czasami będę jeszcze do ciebie przychodził. Czy nie będziesz wtedy udawać, że mnie nie ma? Robię się wtedy o wiele większy, aż czasem trudno mi się zmieścić w twojej szafie albo pod łóżkiem, tak mi ciasno.

Piotrek uśmiechnął się do niebieskiego włochacza.

– Postaram się nie udawać. – Powiedział. – Obiecuję.

Stworek stanął na baczność, zasalutował i wykrzyknął: “Zadanie wykonanie“, tak samo jak to robił Kapitan Grzmot. Potem uśmiechnął się do chłopca i zniknął.

Jeśli w waszej szafie lub pod waszym łóżkiem też czasem chowa się taki niebieski kudłaty stworek, to spróbujcie o tym z kimś porozmawiać. Może powoli stwór zrobi się mniejszy i zniknie zupełnie.