Piotruś i Strach

piotrus0002

Lato w tym roku zapowiadało się bardzo gorące i długie. Dla Piotrka zaczynały się właśnie jego pierwsze w życiu prawdziwe wakacje, bo przecież skończył pierwszą klasę. Będzie można odpocząć, długo spać i później kłaść się do łóżka, będzie więcej czasu na spotkania z kolegami i grę w piłkę. Tomek zaprosił Piotrka do siebie na weekend, obiecał że będzie grill i majsterkowanie w garażu. Jedna tylko rzecz bardzo Piotrka martwiła. Choć nikomu nie chciał się do tego przyznać, to bardzo nie lubił burz, a w prognozie pogody usłyszał, że miało być ich całkiem sporo tego lata. Od tej pory, gdy jego rodzice oglądali wieczorne wiadomości, Piotruś siadał razem z nimi w pokoju, udając, że zajmuje się czymś innym, a tak naprawdę czekał na prognozę pogody, żeby usłyszeć, czy w najbliższych dniach będzie burza. Szczególnie nie lubił, gdy burza była w nocy. Wyjący wiatr i świetliste błyskawice przeszywające granatowe niebo sprawiały, że cały się trząsł pod kołdrą, a nie chciał chodzić do pokoju rodziców, żeby nie uznali go za tchórza.

W tym roku pierwsza burza zjawiła się niestety dość szybko. Wieczorem zerwał się silny wiatr, a ciemne chmury przykryły całe niebo. Piotrek czuł się bardzo nieprzyjemnie. Jego żołądek był taki ściśnięty, jakby ktoś zawiązał na nim ciasny supełek, a serce biło mu mocno i szybko jak wielki młot.

Gdy pierwsza błyskawica przecięła granatowe niebo, w pokoju zrobiło się przez chwilę bardzo jasno. Chwilę później dało się słyszeć potężny grzmot.

– Mamo! – Piotrek zawołał tak głośno jak potrafił. – Mamo chodź szybko!

Po krótkiej chwili mama zjawiła się w pokoju.

– Co się stało? – Zapytała zaniepokojona?

– Eee, nic, ja tylko chciałem spytać, czy dałabyś mi szklankę soku? – Piotruś poczuł się nagle bardzo zawstydzony tym, że mama zobaczy, jak on chowa się pod kołdrą przed burzą.

– Synku, czy ty się czasem nie boisz burzy? – Zapytała mama, uśmiechając i siadając obok niego na łóżku.

– Co? O nie, nie, no co ty mamo…

Mama pogłaskała go po głowie, cały czas się uśmiechając. Było jasne, że nie uwierzyła w jego wymówkę, ale bez dalszych pytań wyszła z pokoju. Kolejne błyskawice przecinały niebo, a po każdej z nich następował ten okropny, wywołujący u Piotrka ciarki dźwięk grzmotu. Gdy tylko błyskawica rozświetlała niebo, na ścianie pojawiały się straszliwe cienie przypominające długie ręce i nogi. Wiedział, że to tylko cienie drzew, ale wcale nie czuł się przez to lepiej.

Nagle kątem oka Piotruś zobaczył na ścianie zupełnie inny cień. Wielki, kulisty, mający prawdziwe ręce i nogi. W tym momencie aż podskoczył na swoim łóżku i mocniej naciągnął kołdrę na głowę.

– Witaj Piotrusiu. – Usłyszał czyjś głos tuż obok siebie.

Był pewien, że już kiedyś słyszał ten głos. Piotrek opuścił nieco kołdrę i otworzył oczy. Obok niego na łóżku siedziała nastroszona, włochata kulka z wielkimi oczami. Natychmiast rozpoznał swojego niespodziewanego gościa.

– To ty Strachu? – Zapytał chłopiec trochę zaskoczony jego obecnością. – Dawno cię nie widziałem. Jesteś jakiś większy niż ostatnio. – Powiedział Piotruś, przyglądając się uważnie dawnemu znajomemu.

– To dlatego, że bardzo boisz się burzy. Tak naprawdę to jestem tu już od jakiegoś czasu. Ostatnio, gdy był u ciebie Tomek, padał deszcz i wiał taki potężny wiatr, a ty się bardzo bałeś. Siedziałem sobie wtedy cichutko w szafie, żeby Tomek mnie nie zobaczył.  Teraz przyszedłem, żeby ci pomóc.

– Jak chcesz mi pomóc? – Zapytał zdziwiony Piotruś. – Zrobisz coś, żeby już nie było więcej burzy?

– Nie, tego nie potrafię i nie mógłbym. Pomogę ci radzić sobie, gdy się czegoś boisz. Jeśli teraz nie spróbujemy, to będę rósł i rósł, aż stanę się taki wielki, że będziesz musiał wstawić mi tu dodatkowe łóżko, no i będę przychodził coraz częściej.

Piotrek popatrzył na Stracha nieco zakłopotany.

– Nie myśl sobie, że cię nie lubię, ale wolałbym, żebyś już nie rósł i żebyś nie odwiedzał mnie za często.

– W takim razie musimy coś wymyślić.

W tym momencie do pokoju weszła mama, niosąc szklankę z sokiem, Strach błyskawicznie zniknął, jakby rozpłynął się w powietrzu. Mama usiadła obok Piotrka. Pod pachą trzymała jakieś niewielkie pudełko.

– Co tam masz mamo? – Zapytał chłopiec.

– To apteczka pierwszej pomocy. Tata naprawiał szafkę i niestety skaleczył się w rękę. Muszę zrobić mu opatrunek. Czy chcesz, żebym tu z tobą chwilę posiedziała?

– Nie, nie trzeba. Dzięki za sok mamo. – Odpowiedział Piotrek, starając się wyprostować i przybrać jak najbardziej odważną pozę.

Mama mrugnęła do niego i wyszła z pokoju. Chwilę po tym, jak zamknęła za sobą drzwi, Strach wyczołgał się spod łóżka i wdrapał na nie, siadając obok Piotrka.

– Już wiem jak poradzimy sobie z tym problemem! – Zawołał z dumą Strach. – Twoja mama podsunęła mi pewien pomysł. Zrobimy skrzynkę pierwszej pomocy! Wrzucimy tam pomysły, które ci pomogą, gdy się boisz.

– A skąd weźmiemy te pomysły?  – Zapytał Piotrek. – Ty masz jakieś? Bo ja nie. Gdybym jakieś miał, to pewnie byś nie przyszedł do mnie.

– Na razie jeszcze nie mam, ale przecież każdy się czegoś boi, nawet dorośli, więc może ich spytasz, co oni wtedy robią?

Piotrek podrapał się po głowie i chwilę pomyślał.

– No może mógłbym tak zrobić. Zapytam mamę, babcię i dziadka, ale tata to nie wiem, czy się boi czegokolwiek, on jest bardzo odważny.

Następnego dnia okazało się, że nawet tata czasem się boi. Powiedział o tym Piotrkowi w sekrecie pod warunkiem, że przed mamą będę udawać, że tata niczego się nie boi. Piotrek, chcąc odwdzięczyć się tacie za ten sekret, również zdradził mu swoją tajemnicę, właśnie o tym, że boi się burzy. Wtedy tata powiedział, że trzeba dobrze poznać to, czego się boimy i opowiedział Piotrkowi, czym jest burza, kiedy i dlaczego powstaje. Opowiedział też, kiedy i gdzie możemy czuć się bezpiecznie w czasie burzy, a kiedy może być ona groźna. Ta opowieść bardzo się Piotrkowi spodobała i pomyślał nawet, że burza jest bardzo ciekawym zjawiskiem. Tata poradził Piotrkowi, żeby przypomniał sobie te wszystkie rzeczy, których się dziś dowiedział, gdy tylko znów przyjdzie prawdziwa burza. Tacie spodobał się też pomysł Piotrka, żeby przygotować  skrzynkę pierwszej pomocy i obiecał mu w tym pomóc. Pracowali nad nią w garażu całe popołudnie. Tata pozwolił użyć do niej starych, niepotrzebnych desek, a później Piotrek mógł pomalować ją farbą na swój ulubiony, zielony kolor. Następnego dnia, gdy farba wyschła, Piotrek mógł już zabrać ją do swojego pokoju. Skrzynka pierwszej pomocy w strachowych sytuacjach prezentowała się bardzo elegancko. Z papieru Piotrek wyciął małą karteczkę, na której zrobił napis:

Pierwsza pomoc w strachowych sytuacjach

Napis przykleił na jednej ze ścian skrzynki, a do środka wrzucił kartki z wypisanymi pomysłami, tymi które miały mu pomagać. Znalazły się tam pomysły podrzucone przez mamę, babcię, dziadka i tatę:

Spokojnie oddycham i staram się odprężyć

Zamykam oczy i myślę o czymś przyjemnym

Myślę sobie, że to tylko mój strach jest taki wielki i nieprzyjemny i zaraz sobie pójdzie

Przypominam sobie, że jestem silny i odważny

Wyobrażam sobie, że to czego się boję, wcale nie jest groźne, tylko zabawne

Proszę kogoś, żeby mi towarzyszył, bo razem jest raźniej

 Na okazję do wypróbowania skrzynki Piotrek nie musiał długo czekać. Kilka dni później niebo ponownie zasnuły ciemne, burzowe chmury. O parapet zaczęły stukać najpierw niewielkie krople deszczu, a potem już rozpętała się prawdziwa ulewa. Drzewa wyginały się pod siłą wiatru, a ich gałęzie zaglądały przez szybę okna w pokoju Piotrka. Chłopiec siedział na swoim łóżku, próbując zachować spokój. W myślach powtarzał sobie, że to tylko burza i nic mu nie grozi. Ale potężne grzmoty, błyskawice i wycie wiatru, sprawiały, że trudno mu było skupić się na tych myślach. Jego serce już zaczynało łomotać jak szalone, a zamiast spokojnych myśli w głowie kłębiły się niepokojące  słowa BURZA, STRASZNA BURZA. Nagle usłyszał za sobą skrzypnięcie drzwi od szafy.

– Spokojnie to tylko ja. – Z szafy wygramoilł się Strach, ciągnąc za sobą skrzynkę pierwszej pomocy w strachowych sytuacjach. Mimo, że za oknem grzmiało i huczało, to Piotruś, gdy tylko zobaczył Stracha, zaczął się śmiać na jego widok. A to dlatego, że jego znajomy wyglądał dziś wyjątkowo niezwyczajnie. Miał na sobie biały fartuch, a na głowie biały czepek z czarnym paskiem.

– Strachu dlaczego przebrałeś się za pielęgniarkę? – Zapytał Piotrek, śmiejąc się.

– No wiesz, przychodzę do ciebie z pierwszą pomocą w strachowej sytuacji i pomyślałem, że tak będzie zabawniej i że dzięki temu trochę mniej będziesz się bał.

Strach przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze i wygładził fartuch.

– Całkiem nieźle wyglądam. – Dodał, uśmiechając się do Piotrka.

W tym momencie jednak potężny grzmot rozległ się za oknem i Piotruś podskoczył, strącając z biurka lampkę.

– To jaki pomysł najpierw proponujesz ze skrzynki? – Zapytał Stracha.

– Będę ci towarzyszył, żeby było ci raźniej, to przecież jeden z naszych pomysłów. Na początek proponuję też, żebyś zaczął spokojnie oddychać, rozluźnił się i przypomniał sobie, co twój tata mówił ci o burzy.

Obecność tego włochatego stworka dodała Piotrkowi odwagi, mimo że był to przecież jego strach. Zaczął więc spokojnie oddychać i przypominać sobie, co tata mówił o burzy. Niestety na dźwięk grzmotu znów podskoczył na łóżku jak oparzony. Włochaty stworek bardzo chciał pomóc chłopcu, dlatego zwrócił się do niego z prośbą.

– Czy mógłbyś mi opowiedzieć wszystko to, co powiedział ci tata o burzy? Też chciałbym wiedzieć te wszystkie ciekawe rzeczy.

Piotrek wziął głęboki oddech i zaczął nieśmiało i cichutko opowiadać, to czego się dowiedział. Strach przysunął się bliżej i słuchał z zaciekawieniem. Powoli Piotruś nabierał odwagi i mówił coraz pewniej i głośniej, gestykulując przy tym rękoma, żeby jego znajomy lepiej zrozumiał to, o czym mówi. Co pewien czas Strach wydawał z siebie krótkie dźwięki, takie jak “aha” i “oho”, otwierając przy tym szeroko oczy i buzię. Tymczasem Piotruś tak zaangażował się w swoją opowieść, że nawet nie zwrócił uwagi na kolejne błyskawice, które pojawiały się na niebie.

– Dziękuję Piotrusiu, to było bardzo interesujące. I dzięki temu możemy wykorzystać kolejny pomysł z naszej skrzynki.

Piotrek popatrzył pytająco na Stracha.

– Możesz pomyśleć o burzy, że wcale nie jest taka groźna, ale bardzo ciekawa i interesująca, a może nawet znajdziemy w niej coś zabawnego.

Podczas gdy Piotruś i Strach rozmawiali, burza powoli cichła i oddalała się.

– Świetnie sobie poradziłeś. – Powiedział Strach.

Piotruś poczuł się dumny z siebie, ale za chwilę trochę niepewnie zapytał Stracha:

– Będziesz się tu jeszcze zjawiał prawda?

– Na pewno i to nie jeden raz, bo przecież każdy czasem się czegoś boi. Ale już wiesz, że to nic złego i że można sobie poradzić. – Włochata kulka uśmiechnęła się przyjaźnie.

– Wiesz co Strachu, mam jeszcze jeden wielki problem. – Zaczął Piotrek nieśmiało. – Tomek zaprosił mnie na weekend do siebie. Ale co zrobię, jak będzie burza i sobie nie poradzę? Może lepiej zostanę w domu…

Z dumy, którą czuł przed chwilą, nic teraz nie zostało.

– O nie, co to, to nie! – Powiedział głośno i stanowczo Strach. – Jeśli będziesz unikał różnych przyjemnych rzeczy, dlatego, że się boisz, to wtedy na pewno urosnę. Będę rósł i rósł jak wielki, pękaty balon, a ty będziesz bał się coraz bardziej! To nie jest dobre rozwiązanie.

Piotrek stał z zakłopotaną i wystraszoną miną.

– Jeśli teraz sobie poradziłeś, to i następnym razem sobie poradzisz, musisz tylko próbować. – Dodał Strach już spokojniej i uścisnął dłoń chłopca. – Życzę ci powodzenia, a teraz już zmykam. Być może wkrótce znów się zobaczymy.

Piotrek zdążył jeszcze pomachać na do widzenia swojemu włochatemu znajomemu, zanim ten rozpłynął się w powietrzu. W pokoju została zielona skrzynka z pomysłami. Piotrek wsunął ją pod łóżko. Wiedział, że może się ona jeszcze przydać. Starał się teraz myśleć o tym, co mówił Strach, że to nic złego się bać i że każdy, nawet ten najdzielniejszy, najodważniejszy też się czasem boi. Tylko pewnie nie każdy się do tego przyznaje. Potem położył się wygodnie na swoim łóżku i zamknął oczy.

Może i pod waszym łóżkiem siedzi czasem taka włochata kulka zwana Strachem. Może jest jeszcze malutka, a może już bardzo urosła? Spróbujcie i wy się z nią dogadać i wymyśleć własne pomysły, które pomogą wam w strachowych sytuacjach.

Piotruś i Złość

Ta opowieść zaczyna się z wielkim hukiem… Z wielkim hukiem drzwi wejściowych do domu Piotrka… Piotrka, który wparował przez te drzwi cały czerwony na twarzy, z brwiami układającymi się w kształt litery V (teraz stańcie przed lustrem i spróbujcie sami ułożyć własne brwi w kształt litery V… I co? Jak wam się podoba?). Gdy mama i tata spytali, co u niego słychać, wyburczał coś bardzo niezrozumiałego… w każdym razie nie brzmiało to przyjemnie. Potem wpadł do swojego pokoju jak burza, kopiąc po drodze donicę z kwiatami, aż zabolał go wielki palec u nogi. Jego mięśnie były mocno napięte, a serce łomotało jak szalone.

– Oho! Chyba znów posprzeczał się z kolegami. – Szepnął tata na ucho mamie.

W swoim pokoju Piotrek wskoczył na łóżko, dysząc jak wściekły lew i patrzył groźnie na muchę, która krążyła wysoko pod sufitem.

                Oh, rozerwałbym na strzępy tego wstrętnego Marcela. Nie cierpię go, wszystkich nie cierpię.

Miał ogromną ochotę w coś kopnąć lub uderzyć i już miał to zrobić, gdy nagle usłyszał dziwne dźwięki dochodzące z jego szafy. Coś tam w środku się tarabaniło i jakieś dwa różne głosy sprzeczały się ze sobą. Jeszcze rok temu pewnie by się wystraszył i z krzykiem uciekł na dół do rodziców, ale teraz ma już przecież 7 lat i jest poważnym człowiekiem, więc ostrożnie i powoli podszedł do szafy i przyłożył do niej ucho. Dźwięki były teraz głośniejsze, ale tłumiły je wiszące w szafie ubrania. Piotruś spojrzał przez szparę w drzwiach i aż podskoczył ze zdziwienia, nabijając sobie przy okazji guza na czole. Zaalarmowane tym łoskotem stworzenia z szafy nagle zamilkły. Piotruś nie czekając, co będzie dalej, szybko otworzył drzwi szafy i musiał odskoczyć na bok, gdy wypadły z niej dwa dziwaczne stwory, obijając się o siebie. Rozcierając guza na czole, Piotruś patrzył, jak z podłogi podnosi się najpierw czarna kosmata kulka, stając na cienkich nóżkach, a zaraz za nią gramoli się coś jasnoniebieskiego przypominającego obłok.

– No nie pchaj się, mówię ci! – Zawarczała nieprzyjemnie czarna kulka, patrząc spode łba na błękitny obłoczek.

– Nie pcham się przecież, uspokój się wreszcie. – Powiedziało to drugie stworzenie.

– Ekhm, ykhm – Piotruś postanowił zwrócić na siebie uwagę tajemniczych stworów, z których jeden wydawał mu się coraz bardziej znajomy. – Może mi powiecie, co robicie w mojej szafie?

Chmurka otrzepała kolana i wyprostowała się. Lekko skłoniła głowę i z uśmiechem przemówiła:

– Dzień dobry, Piotrusiu. Ja jestem Spokój, a tego tutaj rozrabiakę myślę, że już znasz. – Wskazała dłonią na czarną kulkę, która próbowała wygładzić swoje kosmate futerko.

– Witaj Piotrusiu, urosłeś trochę od naszego ostatniego spotkania. – Powiedziała kulka już nieco spokojniej. – Swoją drogą, to mógłbyś w końcu posprzątać w tej szafie, ciasno tam jak …

Ale kulka nie zdążyła dokończyć zdania, bo niebieska chmura szturchnęła ją mocno w bok.

– Opanuj się. – Dodała stanowczo chmura.

– Ała! No już dobrze. – Wykrzyknęła kulka i ponownie zwróciła się do Piotrusia. – Chyba mnie pamiętasz, prawda?

Oczywiście, teraz Piotruś już doskonale pamiętał jedną z emocji, które poznał w ubiegłe wakacje. Ten czarny, kosmaty krzykacz to Złość.

– Pamiętam cię. Ale co wy tu robicie?

– No wiesz, ja już od dawna tu do ciebie przychodzę, gdy się zezłościsz. – Powiedziała kosmata kulka. – Choć mnie nigdy nie widziałeś, to trochę ci podpowiadałam, co masz robić, podsuwałam ci krzesła do kopnięcia, wymyślałam różne ciekawe wyzwiska, gdy ktoś cię zdenerwował. No ale od niedawna ten tutaj się przypałętał i chce mną rządzić. – Złość spojrzała na swojego niebieskiego kompana, robiąc przy tym poirytowaną minę. – Mówi, że jesteś już coraz starszy, bardziej dojrzały i musisz nauczyć się nad sobą panować i takie tam bla bla bla… – Ostatnie zdanie Złość wypowiedziała przesadnie  teatralnym głosem, kiwając przy tym śmiesznie głową.

– Bo to prawda. – Wtrącił się Spokój. Ty nie znasz granic, ktoś w końcu musi nad tobą zapanować i pomóc w tym samym Piotrkowi.

– Hej no przecież pamiętasz chyba, że jestem bardzo potrzebna i ważna, tak samo jak inne emocje. – Oburzyła się kulka.

– Oczywiście, że jesteś potrzebna. – Powiedziała spokojnie chmurka. –  Ale Piotruś na zbyt wiele ci ostatnio pozwolił. Sami się zaraz przekonacie, zabieram was na wycieczkę.

Błękitny stwór pstryknął palcami trzy razy, a wtedy pokój zaczął wirować wokół nich jak szalony. Po krótkiej chwili pokój zatrzymał się.

– Chodźcie za mną. – Powiedział tajemniczo Spokój i otworzył drzwi. Jednak ku zdziwieniu Piotrka, za drzwiami wcale nie znajdowały się jak zawsze schody biegnące w dół do kuchni i salonu. Mieli teraz przed sobą długi, wąski korytarz, którym Spokój poprowadził ich za sobą. Na końcu korytarza znajdowały się drzwi a nad nimi tabliczka z napisem KONSEKWENCJE WYBUCHAJĄCEJ ZŁOŚCI. Weszli do środka i znaleźli się w wielkim pokoju. Nie był to zwykły kwadratowy albo prostokątny pokój, była to raczej sala pełna różnych kątów i zakamarków. Zaraz przy wejściu zobaczyli składowisko rozmaitych przedmiotów. Były to zabawki, meble i domowe sprzęty, przybory szkolne. Wszystkie one miały pewną cechę wspólną – były zniszczone. Leżały tu rozbite modele samochodów, połamane kredki, rozklekotane krzesła, pluszowy miś z wyrwanym uchem, rozbity szklany słoń. Aż przykro było patrzeć na tą stertę rzeczy, które kiedyś musiały sprawiać komuś wiele radości, a teraz leżały porzucone i zapomniane.

– To są Piotrusiu rzeczy, które ktoś zniszczył pod wpływem złości. – Powiedział Spokój. – Niestety wielu z nich już nie da się naprawić. Ale to nie jest najgorsze, chodźcie dalej …

Tuż za tym składowiskiem zobaczyli ławkę na której siedziały dzieci, chłopcy i dziewczynki. Wyglądali oni jakby czekali w kolejce do lekarza. I wcale nie byłoby to dziwne, bo każde z nich rzeczywiście potrzebowałoby pomocy. Jeden chłopiec miał wielkiego guza na czole, drugi podbite oko, obok nich siedziała dziewczynka z wielkim śladem po ugryzieniu na ręce i jeszcze jedna z różowym siniakiem na nodze. Był też chłopiec z ręką w gipsie i dziewczynka z plastrem na policzku.

– Co im się stało? – Zapytał Piotruś?

– Każde z nich oberwało w bójce od zezłoszczonego kolegi albo koleżanki. – Odpowiedział Spokój. Całe szczęście, że nie skończyło się to jeszcze gorzej. Ale to jeszcze nie wszystko…

Skręcili teraz w zaułek odgrodzony ścianą, na której wielkimi literami wypisano różne napisy. Były to bardzo nieprzyjemne hasła:

                                               IDIOTA                 GŁUPEK

                                                               WYNOŚ SIĘ                        NIENAWIDZĘ CIĘ

Piotrek aż się zaczerwienił, gdy je czytał.

– Podejdź bliżej i przyłóż ucho do ściany. – Powiedział do niego Spokój.

Gdy chłopiec tak zrobił, usłyszał, jak ściana wykrzykuje mu do ucha napisy, które przed chwilą czytał. Za każdym razem, gdy ściana wykrzykiwała nowy napis, czuł, jakby coś go kuło w głowie, po brzuchu, po rękach, aż musiał odskoczyć na bok.

– Co to było? – Zapytał przestraszony, pocierając bolące od ukłuć miejsca na ciele.

– To te okropne słowa wykrzyczane w złości sprawiają taki ból. – Odpowiedział Spokój. – Potrafią skrzywdzić tak samo albo jeszcze bardziej niż uderzenie czy kopniak. Myślę, że tu możemy zakończyć wycieczkę. To wszystko, co zobaczyliście, to właśnie są konsekwencje wybuchającej złości. Gdy ktoś zupełnie nie panuje nad gniewem, to dzieją się bardzo nieprzyjemne rzeczy. – Zakończył Spokój z poważną miną.

Przez cały czas kosmata czarna kulka towarzyszyła im w milczeniu, mrugając oczami z zakłopotaniem. Błękitny obłok popatrzył na nią wymownie.

– Czy chcesz coś powiedzieć? – Zapytał Spokój.

Kulka wyglądała przez chwilę tak, jakby zupełnie nie wiedziała, co odpowiedzieć. Szybko jednak odzyskała panowanie nad sobą.

– O nie! – Wykrzyknęła.  – To niesprawiedliwe! Pokazujesz nam same najgorsze rzeczy, a przecież dzięki mnie dzieją się też dobre rzeczy!

Złość przemawiała teraz jak oskarżony, który broni się przed sądem. Wyprostowała się i uniosła w górę palec, żeby podkreślić, jak ważne jest to, co mówi.

– Dzięki mnie ludzie nie dają sobie w kaszę dmuchać! Dzięki mnie Karol z II B miał odwagę powiedzieć temu Maćkowi, co ciągle oszukuje w grze, żeby przestał. A Iwonka, ta z przedszkola, nie pozwoliła koleżankom się z niej naśmiewać. A Ty Piotrusiu też nauczyłeś tego Olka z podwórka, że nie wolno zaczepiać młodszych. Gdyby nie ja, to te łobuzy nadal by rozrabiały, bo nikt nie miałby odwagi im się sprzeciwić. Ja jestem jak miecz i tarcza dla dzielnego rycerza, dodaję odwagi!

Złość zakończyła dumnie swoją przemowę, wypinając pierś do przodu i zadzierając głowę do góry.

– No wiesz, ona ma trochę racji. – Wtrącił się Piotruś w obronie Złości.

– Ehhh. No tak, Złość też ma rację – Westchnął Spokój i zwrócił się do naburmuszonej kosmatej kulki. – Ale przyznaj, że jak nikt nad tobą nie zapanuje, to okropne rzeczy się dzieją, właśnie takie, jak tu widzicie! – Spokój mówił teraz już podniesionym głosem, który zupełnie do niego nie pasował.

Kosmata kulka zniżyła nieco głowę i skurczyła się, jakby ktoś spuścił z niej powietrze.

– No jejku jejku, może masz też trochę racji. – Powiedziała skruszona. – To co proponujesz? Bo nie zamierzam znikać zupełnie.

Błękitny obłok podrapał się po głowie. Popatrzył na swojego towarzysza, który skrzyżował teraz ręce na piersi i przybrał stanowczy wyraz twarzy.

– Nie, nie chcę, żebyś zniknęła zupełnie. Jesteś potrzebna Piotrkowi i innym dzieciom też. Wróćmy do pokoju Piotrusia i zastanowimy się, co zrobić.

Gdy znaleźli się z powrotem w pokoju i usiedli wszyscy wokół biurka, nastała niezręczna cisza. Złość wydawała się być wciąż obrażona, tupała nogą o podłogę i patrzyła w sufit. Spokój siedział zamyślony, drapiąc się po głowie, a Piotruś sam nie wiedział, co ma zrobić z tymi dwoma dziwnymi gośćmi.  W końcu Spokój zerwał się z krzesła i krzyknął z uśmiechem:

– Mam! Wymyśliłem! Spiszemy umowę. Tak jak to robią biznesmeni, tylko najpierw musimy negocjować warunki. – Dodał już z poważną miną. – Ustalimy, co Piotruś może robić, gdy się zdenerwuje, a czego nie wolno mu robić.

Spokój był bardzo dumny ze swojego pomysłu. Złość, choć niechętnie, zgodziła się jednak na takie rozwiązanie. Piotrkowi również ten pomysł się spodobał, wyjął więc z szuflady dużą, białą kartkę i kolorowe pisaki. Spokój od razu przystąpił do pracy. Wziął jeden z pisaków i na górze kartki napisał

UMOWA MIĘDZY PIOTRKIEM A ZŁOŚCIĄ

                Pozostało teraz ustalić warunki tej umowy. Dyskusja była bardzo burzliwa. Złość miała takie pomysły jak rzucanie przedmiotami, wykrzykiwanie brzydkich słów no i bójki oczywiście. Przekonywała, że są to szybkie i skuteczne sposoby, żeby lepiej się poczuć i pokazać innym, kto tu rządzi. Ale Spokój stanowczo się temu sprzeciwiał. Proponował, żeby zamiast tego zamykać oczy, wyobrażać sobie przyjemne rzeczy i próbować się uspokoić.  Złość go wtedy wyśmiewała, mówiąc, że to wcale nie pomoże. Piotruś musiał nieraz przerywać ich spory, bo Złość była już o krok od wybuchu.

– Jak ktoś jest niemiły, to po prostu go kopnij, o tak… – Złość już miała zademonstrować, jak, ale Spokój zatrzymał ją szybko.

– Nie, nie, nie. – Powiedział, łapiąc Złość za nogę, tak że kosmata kulka przewróciła się na podłogę. – Lepiej powiedzieć spokojnie i grzecznie, żeby tak nie robił.

Złość wybuchnęła na to śmiechem.

– I myślisz, że cię posłucha? – Zapytała, chichocząc złośliwie. – Spokojny i grzeczny ton wcale tu nie pomoże. Trzeba mówić głośno i stanowczo!

Dwa stwory wciąż uparcie dyskutowały. Piotruś czasem zgadzał się ze Złością, a czasem wiedział, że rację ma Spokój.

– Jak coś ci nie wychodzi, na przykład nie potrafisz zbudować samolotu z klocków, to rozrzuć je po pokoju i wykrzykuj różne wyzwiska, od razu będzie ci lepiej. – Proponowała dalej Złość.

– Oh nie, nie zgadzam się z tobą. – Sprzeciwił się Spokój. – To ci wcale nie pomoże. Po prostu zrób sobie przerwę, a potem spokojnie spróbuj jeszcze raz, albo poproś kogoś o pomoc.

Spory trwały jeszcze długo. Co kilka chwil czarna kosmata kulka wstawała szybko z podłogi, machając przy tym rękoma i kręcąc głową z oburzeniem. Błękitny obłok przemawiał wtedy cierpliwie,  uspokajającym głosem. Piotruś też zaczął się włączać do tej dyskusji i przedstawił kilka swoich pomysłów. Co pewien czas Spokój prosił Piotrka, żeby na przygotowanej kartce papieru zapisał coś, co już ustalili.

W końcu kartka została całkiem zapisana. Teraz Piotruś i Złość podpisali się na samym dole i podali sobie rękę na znak zawarcia umowy, tak jak to robią dżentelmeni i biznesmeni.

– Gotowe – Krzyknął uradowany Spokój.

Jesteście pewnie ciekawi, co znalazło się na tej kartce… No dobrze, zobaczcie, to przecież nie jest żadna tajemnica, oto i ona:

Piotruś przykleił umowę do ściany nad biurkiem, a potem razem ze Złością i Spokojem stanęli z boku, by podziwiać ich wspólne dzieło. Złość była dumna z tego, że Spokój w końcu przyznał, że jest ona potrzebna i ważna, a Piotruś się z tym zgodził. Cieszyła się też, że będzie mogła odwiedzać Piotrka i towarzyszyć mu choć przez chwilę w różnych sytuacjach. I tak też było. Zdarzało się nieraz, że Piotrek z jakiegoś powodu zaczynał robić się czerwony, zaciskał pięści, zmieniał minę na groźną i wykrzywioną. Wiedział wtedy, że to przychodzi Złość. Na początku nie zawsze pamiętał o przestrzeganiu umowy, ale po pewnym czasie przyzwyczaił się do niej i zauważył, że jest ona bardzo pomocna. Czasem kątem oka udało mu się zauważyć dwa przemykające gdzieś za nim cienie. Nie bał się, bo wiedział, że to Złość i Spokój mu towarzyszą i pomagają poradzić sobie w różnych nieprzyjemnych sytuacjach.

Może i wy spróbujecie dogadać się ze swoją Złością, gdy do was przyjdzie? Ciekawa jestem, jakie pomysły znalazłyby się na waszej umowie.

 

Piotruś i Smutek

Piotruś i Smutek

                Pamiętacie Piotrusia i Emocje? Minęło już sporo czasu odkąd Piotruś spotkał tych sześć przedziwnych ale sympatycznych stworzeń. Dziś spotkał się ponownie z jednym z nich, choć spotkanie to wcale nie zaczęło się przyjemnie, Jeśli macie swoją ulubioną zabawkę, na pewno to zrozumiecie. Posłuchajcie więc…

Kapitan Grzmot nie był zwykłym robotem. Był ulubioną zabawką Piotrka. Potrafił stać na baczność, maszerować, a nawet powiedzieć głośno „Zadanie wykonane!”. Teraz niestety leżał na podłodze z połamaną ręką i nogą. Piotruś stał nad nim, patrząc z niedowierzaniem. Przed chwilą grali w piłkę razem z Tomkiem. Tomek chciał kopnąć piłkę do Piotrka, ale piłka odbiła się od ściany i poszybowała w stronę półki z zabawkami. I wtedy właśnie to się stało. Robot spadł na ziemię z wielkim hukiem. Tomek przestraszony spojrzał najpierw na robota a potem na Piotrka.

– Ojej, Piotrek, przepraszam, nie chciałem… – Powiedział Tomek bardzo zmartwiony.

Piotrek zacisnął pięści i poczerwieniał na buzi.

– Idź stąd! – Wykrzyknął do Tomka. – No idź stąd, nie chcę cię tu! – I zaczął wypychać kolegę za drzwi.

Do pokoju weszła mama Piotrka zaalarmowana hukiem i krzykami.

– Chłopaki co się dzieje? – Zapytała.

– Ten głupek zniszczył mi robota, niech stąd idzie!

– Piotrek, nie wolno tak mówić do kolegi. Powiedz mi spokojnie, co się stało.

Ale chłopiec wcale się nie uspokoił, tylko jeszcze mocniej poczerwieniał i zaciskał pięści.

– Wszyscy stąd idźcie, nie chcę was tu! – Krzyknął głośno i kopnął stojące obok niego krzesło tak mocno, że przewróciło się z hałasem na podłogę.

– Chodź Tomek, odprowadzę Cię do drzwi. Piotrek chyba musi przemyśleć swoje zachowanie. – Powiedziała mama i razem z Tomkiem wyszła z pokoju, zostawiając Piotrka samego.

Nikt nie zauważył, że spod łóżka, w ukryciu obserwuje ich para wielkich smutnych oczu. Oczy zamrugały kilka razy i zniknęły w ciemności pod łóżkiem.

Gdy później mama wróciła do pokoju Piotrka, siedział on na podłodze, przecierając oczy. Obok wciąż leżał roztrzaskany robot. Chłopiec, widząc mamę, przybrał naburmuszony wyraz twarzy. Mama usiadła obok niego i spojrzała na robota.

– Pewnie jest ci smutno z powodu Kapitana Grzmota. Wiem, że to twoja ulubiona zabawka. Tomek też się tym bardzo zmartwił.

– Wcale nie jest mi smutno! A Tomek jest głupi i ten robot też jest głupi, już go wcale nie chcę!

Piotrek wstał ze zmarszczoną miną, a wychodząc z pokoju, szturchnął nogą robota.

***

                Za oknem w pokoju Piotrka było już ciemno. Księżyc spokojnie wisiał na niebie w towarzystwie miliona gwiazd. Spod zielonej kołdry w żaby wystawała potargana czupryna chłopca. Choć mama życzyła mu jak zwykle spokojnych snów, to dzisiejszej nocy jego sny wcale nie były spokojne. Przewracał się z boku na bok, jego palce zaciskały się mocno na kołdrze, a nogi napinały się, jakby były gotowe do biegu. Na szafkę przy łóżku wspięło się COŚ i przycupnęło tuż obok nocnej lampki, patrząc na Piotrka. Przewracało oczami w prawo i w lewo, w górę i w dół, aż zatrzymało swoje spojrzenie na twarzy chłopca. Piotrek przez sen zaciskał mocno powieki. Spod tej prawej na zewnątrz próbowała wydostać się łza i choć Piotrek jeszcze mocniej je zaciskał, to łza w końcu się wydostała. Spłynęła po policzku, a potem spadła na ramię chłopca. Podniosła się i rozejrzała dookoła. Najpierw zobaczyła żaby na zielonej pościeli i aż podskoczyła wystraszona, ale na szczęście nie były to prawdziwe żaby. Już prawie się uspokoiła,  gdy nagle coś się pod nią poruszyło i BACH… przewróciła się. Wspięła się do góry wyżej i wyżej, aż zobaczyła wystającą spod kołdry buzię w brązowej potarganej czuprynie. Buzia mruczała coś niespokojnie i marszczyła brwi.

– Ach tak, więc to ten chłopiec płacze – Pomyślała Łza. – Ale zaraz, gdzie są inne łzy? Czy jestem tylko ja jedna?

Gdy się tak zastanawiała, poczuła nagle, że ktoś ją obserwuje. Spojrzała w górę. Na szafce przy lampce siedziało COŚ. W świetle księżyca widać było jego niebieskie futerko i parę wielkich oczu. Te oczy patrzyły w taki sposób, że Łza od razu poznała, kim jest to stworzenie.

– Ty jesteś Smutek, prawda? – Zapytała cichutko, wspinając się do niego w górę.

– Tak, jestem Smutek. – Odpowiedziało stworzonko również cichutko.

– A co ty tu robisz w nocy?

– Przyszedłem do Piotrusia. Mogę go odwiedzać tylko w nocy, kiedy śpi. W dzień nie pozwala mi się pokazywać i udaje wtedy, że się złości.

– Dlaczego? – Spytała zaciekawiona Łza.

– Pewnie się boi, że zostanę za długo i już sobie nie pójdę. Albo, że inni będą go uważać za mazgaja. A przecież ja nie chcę zostać na zawsze, tylko na chwilę, później bym sobie poszedł.

– A dziś dlaczego przyszedłeś?

– Z powodu ulubionej zabawki Piotrka. Jego robot spadł na podłogę i się roztrzaskał. Wiem, że Piotrek był cały dzień bardzo smutny, ale nie pozwolił mi się pokazać. Zamiast tego krzyczał, przewrócił krzesło i kopnął w drzwi. Wszyscy myśleli, że jest zły i denerwowali się na niego. Tylko ja wiem, że mu smutno, ale Piotrek nikomu o tym nie powiedział. Wolał udawać groźnego złośnika.

Łza popatrzyła na chłopca, który wciąż niespokojnie się kręcił.

– Czy możemy mu pomóc? – Zapytała.

Smutek podrapał się po niebieskiej czuprynie i mrucząc pod nosem, zaczął chodzić w kółko.

– Wiem! – Powiedział w końcu. – Skoczył z szafki na łóżko, po kosmyku włosów wdrapał się na głowę Piotrusia i wyszeptał mu do ucha:  Śpij Piotrusiu, śpij spokojnie, niech ci sen się przyśni o mnie.

W tym momencie jedna z gwiazd sfrunęła przez okno i tuż nad ich głowami zamieniła się w srebrny pył. Cały pokój zawirował, jakby ktoś zakręcił go na karuzeli. PSTRYK. Wszystkie gwiazdy zgasły na chwilę, tak że nic nie było widać. Lecz, gdy zaświeciły znowu, nie było już Piotrusiowego pokoju. Smutek i Łza stali teraz na wąskim, drewnianym moście. Pod nimi cichutko szumiał strumyk, a na srebrzystej tafli wody widać było cienie pływających ryb. W oddali zobaczyli idącą do nich postać. Gdy postać była już blisko, rozpoznali Piotrusia.

– Ojej! – Zdziwiła się Łza.

Piotruś też był bardzo zdziwiony, aż przecierał oczy ze zdumienia

– Cześć Piotrusiu. – Odezwał się Smutek. – Pamiętasz mnie?

Piotruś przyjrzał się stworkowi z niebieskim futerkiem. Oczywiście, że go pamiętał. Był jedną z emocji, które poznał w czasie ostatnich wakacji.

– Cześć Smutku. Co ty tu robisz? I gdzie my jesteśmy? – Zapytał chłopiec, rozglądając się niepewnie dookoła.

– Jesteśmy w twoim śnie Piotrusiu. – Odpowiedział Smutek. – Nie mogłem spotkać się z tobą inaczej, bo mi nie pozwalałeś. Byłeś smutny, ale udawałeś, że się złościsz.

– Tak, tak, to prawda. – Wtrąciła się malutka Łza. – Ledwo co udało mi się wydostać z twojego oka, gdy spałeś.

– Ojej, to ty jesteś moją łzą? – Zdziwił się Piotruś.

– Tak, i tylko ja się wydostałam, jestem bardzo dzielna. – Mała kropelka wyprostowała się z dumną miną.

-Piotrusiu, za tym mostem mieszka pewna dziewczynka. Przytrafiło jej się ostatnio coś bardzo przykrego. – Powiedział Smutek.

– Co takiego? – Zaciekawił się Piotruś.

– Zgubił się jej ukochany pies. Chciałbym, żebyś poznał tą dziewczynkę. Chodźmy, już słońce wstaje.

***

                Gdy Piotruś, Łza i Smutek dotarli na miejsce, wdrapali się na rozłożyste drzewo tuż obok domu dziewczynki. Po kilku chwilach zobaczyli w oknie jej buzię. Patrzyła smutno przed siebie. Na biurku leżał jej rysunek przedstawiający kudłatego pieska.

W pokoju obok rozmawiały ze sobą mama i ciocia dziewczynki. Choć Piotruś nie wiedział, jak to możliwe, doskonale wszystko widział i słyszał, co mówią.

– Jaka ona dzielna, w ogóle nie płacze, nie marudzi, taka rozsądna dziewczyna! – Mówiła ciocia.

– Tak, tak, bardzo dzielna, nie sądziłam, że tak spokojnie to przyjmie. – Przytaknęła jej mama.

– Ojej. – Krzyknął nagle Piotruś. – Tam ktoś jest, tam w pokoju, siedzi w kącie, jest bardzo podobny do Ciebie Smutku.

Rzeczywiście w pokoju dziewczynki, w kącie siedział sobie cichutko niebieski stworek, na którego nikt nie zwracał uwagi.

– To mój kuzyn Piotrusiu. Jest smutkiem tej dziewczynki. Ale nikt tam go nie widzi. Przez ostatnich kilka dni bardzo urósł. Im bardziej dziewczynka udaje, że go nie ma, tym on staje się większy.

– Ale czemu ona tak udaje? Przecież widzę, że jest smutna. – Dziwił się Piotruś.

Smutek i Łza spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Łza, która poznała już dziś odpowiedź na to pytanie, powiedziała do Piotrka:

– Może ona chce być bardzo dzielna i myśli, że jak zacznie się smucić i płakać, to inni powiedzą, że jest beksą.

– Aha. – Mruknął Piotruś cichutko i lekko się zarumienił. – Wcale nie uważałbym jej za beksę, gdyby się rozpłakała.

Tymczasem dziewczynka wyszła na podwórko. Tuż za nią kroczył jej niewidzialny smutek. Szedł spokojnie nie zauważony przez żadnego z domowników.  Piotruś poczuł, że jest mu ogromnie żal tej dziewczynki. Szybko zeskoczył z drzewa i pobiegł do niej.

– Hej, stój. – zawołał zdyszany. – Ja wiem, że jest ci smutno, nie musisz udawać!

Dziewczynka przestraszona, spojrzała w jego stronę.

– Kto ty jesteś? – Spytała.

– Ja jestem Piotrek, ale zobacz, tam za tobą chodzi taki stworek. Nie widziałaś go wcześniej, ale on tu cały czas jest. To jest smutek i on ciągle rośnie i rośnie, bo udajesz, że go nie ma. – Piotruś wyrzucał z siebie słowa, zmęczony szybkim biegiem.

Dziewczynka odwróciła się i dopiero teraz zobaczyła, o kim mówi chłopiec. Spojrzała w smutne oczy niebieskiego stworka. W tych wielkich oczach, jak w lustrze zobaczyła swoje odbicie. I wtedy w jej własnych oczach pojawiły się łzy. Najpierw pojedyncze małe kropelki, a potem płakała już coraz mocniej. Odwróciła się i szybko uciekła do domu. Przez duże okno Piotruś zobaczył ją, jak wbiega do pokoju i przytula się do swojej mamy. Usłyszał też, jak po kilku chwilach opowiada mamie, że okropnie, ale to bardzo okropnie tęskni za swoim pieskiem. Mama przytuliła dziewczynkę mocno i pocałowała ją. Stojący wciąż na podwórku niebieski stworek uśmiechnął się, a potem zaczął się kurczyć. Gdy był już o połowę mniejszy, ruszył spokojnie w stronę domu, machając Piotrusiowi na pożegnanie.

– Co teraz będzie? – Zapytał Piotrek swoich towarzyszy.

– Teraz, gdy dziewczynka już przyznała się, że jest jej smutno, będzie jej łatwiej poradzić sobie z tym. – Odpowiedział Smutek.

– Czy to ci czegoś nie przypomina Piotrusiu? – Zapytała Łza i spojrzała porozumiewawczo na niebieskiego  stworka.

Chłopiec zawstydził się.

– Chodzi wam pewnie o mojego robota… – Wymruczał cicho pod nosem.

– Tak właśnie o tym mówimy. – Odpowiedział Smutek. – Skoro już zrozumiałeś, to znaczy, że czas wracać.

Stworek zwinnym ruchem wdrapał się po nogawce Piotrka aż na jego ramię i wyszeptał mu do ucha: Sen się kończy, noc ucieka, zbudź się, bo już słońce czeka.

Widok przed oczami chłopca zaczął się rozpływać, blednąć, aż zniknął zupełnie. Piotrek zamknął oczy, a gdy znów je otworzył, zobaczył swój pokój. Leżał spokojnie w swoim łóżku, jakby nigdy nic. Po niebieskim stworku i malutkiej łzie nie było ani śladu. Rozejrzał się dookoła, na podłodze leżały porozrzucane zabawki a wśród nich połamany robot. Piotrek westchnął, wstał z łóżka i podszedł do swojej ulubionej zabawki, delikatnie podniósł ją z podłogi.

– Śniadanie na stole. – Doleciał do niego z dołu głos mamy.

Na twarzy Piotrka nie było już śladów wczorajszej złości, gdy patrzył na swoją zabawkę. Odłożył ją na biurko i zszedł na dół do kuchni.

– Dzień dobry. – Przywitała go mama. – Jak dziś humor?

Piotrek odezwał się trochę zawstydzony.

– Miałaś rację mamo, jest mi smutno z powodu robota. Myślisz, że da się go naprawić?

Mama spojrzała z uśmiechem na chłopca, potem podeszła do niego i go przytuliła.

– Tata na pewno coś wymyśli. – Odpowiedziała z przekonaniem. – A może chciałbyś dzisiaj zobaczyć się z Tomkiem?

– Myślisz, że będzie chciał przyjść?

– Wyjaśnij mu tak samo jak mi, że to twój ukochany robot i dlatego było ci smutno, gdy się rozbił. Na pewno to zrozumie i też cię przeprosi.

Piotrek kiwnął głową na zgodę. Poczuł się już znacznie spokojniej. Pomyślał też, że to nic złego się smucić, a gdy się o tym z kimś porozmawia, to jest znacznie lepiej. Gdyby dobrze rozejrzał się dookoła, zobaczyłby, że pod stołem siedzi ten sam niebieski stworek, który był dziś w jego śnie, tylko, że teraz był o wiele mniejszy.

Po śniadaniu Piotrek powędrował na górę do swojego pokoju, a stworek pomaszerował za nim. Gdy już drzwi zamknęły się za nimi bezpiecznie, stworek lekko pociągnął chłopca za nogawkę.

– Ojej, ty naprawdę tu jesteś! – Wykrzyknął Piotrek zdziwiony.

– Jestem i pewnie czasami będę jeszcze do ciebie przychodził. Czy nie będziesz wtedy udawać, że mnie nie ma? Robię się wtedy o wiele większy, aż czasem trudno mi się zmieścić w twojej szafie albo pod łóżkiem, tak mi ciasno.

Piotrek uśmiechnął się do niebieskiego włochacza.

– Postaram się nie udawać. – Powiedział. – Obiecuję.

Stworek stanął na baczność, zasalutował i wykrzyknął: “Zadanie wykonanie“, tak samo jak to robił Kapitan Grzmot. Potem uśmiechnął się do chłopca i zniknął.

Jeśli w waszej szafie lub pod waszym łóżkiem też czasem chowa się taki niebieski kudłaty stworek, to spróbujcie o tym z kimś porozmawiać. Może powoli stwór zrobi się mniejszy i zniknie zupełnie.

 

 

 

Świetliści

Są na świecie takie tajemnicze miejsca, których nie można znaleźć na żadnej mapie. Sekretne moce chronią je przed żądnymi przygód podróżnikami. Jednym z takich miejsc jest Świetlista Dolina otoczona Księżycowym Lasem. Skąd wiem o tym miejscu? To musi pozostać moją tajemnicą. Jej mieszkańcy nie chcieliby, żeby zbyt wiele osób wiedziało o ich istnieniu. A nazywają się oni Świetliści. Jest takie powiedzenie, że mowa jest srebrem a milczenie złotem. Świetliści porozumiewają się ze sobą w srebrzysto – złotym języku. Nie wypowiadają słów. Ich myśli i uczucia przybierają kształt srebrzysto – złotych smug światła, które wydobywają się z ich umysłów i wędrują po niebie, by po kilku chwilach stopić się z obłokami lub prysnąć jak bańka mydlana. My pewnie moglibyśmy o nich powiedzieć, że nie są zbyt rozmowni. Świetliści muszą naprawdę dobrze się znać, żeby porozmawiać ze sobą o czymś ważniejszym niż tylko pogoda. Był jednak wśród nich chłopiec, który różnił się od pozostałych. Można by o nim powiedzieć, że to co nosił w sercu, uwalniał zaraz na zewnątrz. Pragnął ze wszystkimi dzielić się swoimi radościami a czasami także smutkami. Lubił przekazywać innym swoje myśli, nie ważne czy byli to bliscy krewni, czy dalecy znajomi. Nie wszyscy jednak odwzajemniali jego życzliwość. Niestety znaleźli się tacy, którzy zaczęli wyśmiewać to, czym się z nimi dzielił, szeptali za jego plecami i przedrzeźniali go. Chłopiec początkowo próbował nie zwracać na to uwagi, ale z czasem te żarty i śmiech stały się dla niego nie do wytrzymania. Chłopiec postanowił, że już nigdy z nikim nie podzieli się swoimi myślami i uczuciami.

Nie było to łatwe zadanie, bo chłopiec był bardzo wrażliwy. Z zaciekawieniem patrzył na świat wokół niego, a w jego głowie wciąż kłębiły się myśli i uczucia, którymi chciałby podzielić się z innymi. Ale od tej pory zamknął się w sobie. Rozmawiał o pogodzie, o wczorajszym obiedzie, jednak nikomu nie pokazywał tego, co dla niego było naprawdę ważne. Inni Świetliści zauważyli tą zmianę. Jego bliscy martwili się i bezskutecznie próbowali dowiedzieć, się, co się z nim dzieje. Żałowali teraz, że nie rozmawiali z nim chętniej. Ci, którzy go wyśmiewali  najpierw byli trochę zdziwieni, a później zupełnie o tym zapomnieli.

Mijały dni i tygodnie. W głowie chłopca było coraz więcej skrywanych myśli  i uczuć i coraz trudniej było mu utrzymać je w środku. Czuł, że musi coś z tym zrobić, musi jakoś się ich pozbyć.

Pewnej nocy, gdy wszyscy spali, poszedł do Księżycowego Lasu. Szedł przed siebie, potykając się w ciemności o wystające korzenie drzew. W końcu dotarł do samego serca Lasu  –  do Królewskiego Dębu. Był to największy dąb w całym lesie. Chłopiec spojrzał w górę na drzewo. Jasny księżyc oświetlał srebrzystym blaskiem jego rozłożystą koronę. Chłopiec westchnął głęboko, rozłożył ręce i objął nimi szeroki pień drzewa. Zamknął oczy i zastygł w bezruchu. Po chwili z jego głowy wydobyła się wąska smuga światła, oplatając drzewo dookoła. Z początku nieśmiało, później coraz żwawiej, szybciej zaczęła przybierać kształty, tworząc najpierw pojedyncze obrazy, a potem całe sceny. Były to wszystkie radości, smutki, lęki i złość, które przez wiele dni chłopiec nosił zamknięte w swojej głowie i sercu. Smuga światła wiła się przez chwilę wokół drzewa, schodząc w dół, po czym zniknęła pod ziemią.

Chłopiec jeszcze przez chwilę stał przytulony do drzewa. Czuł się teraz taki lekki i swobodny, jakby pozbył się wielkiego ciężaru. Teraz już wiedział, że nie musi z nikim rozmawiać, z nikim dzielić smutków i radości. Wystarczy, że przyjdzie tu i wszystko z siebie wyrzuci. I tak było. Chłopiec nadal skrywał przed innymi Świetlistymi swoje myśli i uczucia. A gdy było mu już naprawdę ciężko wytrzymać z ogromnym ciężarem, jaki uzbierał się w jego sercu i głowie, szedł do lasu i wyrzucał wszystko pod Królewski Dąb.

Nie zauważył, że las zaczął się zmieniać. Powoli stawał się coraz bardziej ponury i nieprzyjemny. W końcu dostrzegli to Świetliści, nie wiedzieli jednak, dlaczego las tak się zmienił. Było w nim teraz ciemno, ponuro, nieprzyjemnie. Przestali więc przychodzić tutaj i chłopiec był teraz jedyną osobą, która wędrowała jego ścieżkami. W końcu także on to zauważył. Bardzo się tym zmartwił, bo las był wcześniej pięknym i spokojnym miejscem. To zmartwienie oczywiście stało się dla niego kolejnym ciężarem, którego musiał się pozbyć. Udał się więc pod Królewski Dąb i jak zwykle zaczął wyrzucać swoje myśli i uczucia. Gdy ostatnia smuga światła przedstawiająca jego zmartwienia i troski zniknęła zupełnie pod ziemią, chłopiec otworzył oczy i uważnie rozejrzał się dookoła. Z wielkim zdumieniem i niepokojem zauważył, że w miejscu, gdzie zniknęła, wyrosła kolczasta łodyga i zaczęła szybo się rozrastać. Jakieś lepiące pnącza zaczęły oplatać się wokół jego nóg, próbując wciągnąć go pod ziemię.

Chłopiec próbował wyrwać się, ale  były zbyt silne. W końcu przewrócił się i stracił przytomność. Obudziło go jakieś jasne, ciepłe światło. Powoli otworzył oczy i zobaczył nad sobą małe stworzonko przypominające motyla.

– Kim jesteś? – Zapytał chłopiec, choć oczywiście nie użył do tego słów tak jak my. Jego rozmowa ze stworzonkiem odbywała się za pomocą obrazów malowanych światłem. My byśmy jej nie zrozumieli, bo nie znamy języka Świetlistych, ale oni rozumieli się nawzajem doskonale.

– Jestem twoją radosną myślą. – Odpowiedziało stworzonko. – Tylko mi udało się wydostać spod ziemi i zatrzymać na chwilę w tej pięknej postaci. Ale niedługo ja także zgasnę tak jak wszystkie inne twoje radosne myśli. My możemy przetrwać tylko wtedy, gdy się nami z kimś podzielisz. Inaczej szybko tracimy swoją moc.

– Nie wiedziałem o tym. Te kolce i te paskudne rośliny to też moja sprawka prawda?

– No cóż … tak, niestety. Radość z nikim nie dzielona szybko rozpływa się pod ziemią bez śladu. Ale te nieprzyjemne myśli i uczucia są znacznie silniejsze niż my, a gdy próbujesz je ukryć, to tylko się powiększają. Smutek przybiera postać gęstej mgły, która zasłania słońce. Złość przebija się przez ziemię i tworzy kolczaste krzewy, które mogą zranić, a strach zamienia się w lepiące pnącza, które wciągają pod ziemię.

Chłopiec posmutniał, słuchając tego.

– Ale ja nie mogę się z nikim podzielić tymi uczuciami. Wszyscy mnie wyśmiewają.

– To nieprawda. – Odpowiedział motyl. – Było kilka takich osób, ale przecież jest też wiele takich, które cię wysłucha i zrozumie. Z nimi możesz się podzielić tym co najważniejsze dla ciebie. Z innymi możesz rozmawiać o mało ważnych sprawach.

Stworzonko zaczynało już powoli blednąć i rozpływać się w powietrzu.

– Zaczekaj, nie odchodź jeszcze. – Zawołało chłopiec.

– To nie ode mnie zależy. – Zdążyło jeszcze powiedzieć, po czym zniknęło zupełnie.

Nie chcę, żeby wszystkie moje radości zniknęły bez śladu. I nie chcę, żeby Księżycowy Las już na zawsze został taki ponury. – Pomyślał chłopiec i ruszył przed siebie, odważnie przedzierając się przez kolce i lepiące pnącza. Gdy wrócił do Świetlistej Doliny, udał się prosto do swojego domu i swoich bliskich. Bardzo się oni ucieszyli na jego widok, bo martwili się, że gdzieś zaginął. Chłopiec poczuł znów wielki ciężar w całym swoim ciele, swojej głowie i sercu. Nieśmiało pozwolił jednej małej myśli uwolnić się z jego głowy i przybrać jasny kształt, który inni mogli zobaczyć. Świetliści, widząc ten obraz, ucieszyli się bardzo, bo była to ważna i szczera myśl. Przysunęli się bliżej niego. Na ich twarzach pojawiły się uśmiechy. Nie złośliwe czy kpiące, ale życzliwe i szczere. Chłopiec uwolnił więc drugą myśl, a potem trzecią i czwartą, aż w końcu popłynęły one swobodnie, tworząc całe sceny. Świetliści przyglądali się im z zaciekawieniem i odpowiadali, także uwalniając swoje myśli i uczucia. Chłopiec poczuł, że cały ciężar powoli go opuszcza.

Zrozumiał ważną rzecz. Są takie osoby, z którymi może bezpiecznie podzielić  się wszystkimi swoimi radościami i zmartwieniami. W towarzystwie innych może te ważne sprawy zachować dla siebie. Nie musi wyrzucać wszystkiego ze swojej głowy i serca na zewnątrz, ale też nie musi wszystkiego chować i ukrywać. Zawsze może zdecydować, czy z jakąś osobą podzielić się tym, co dla niego ważne, czy zachować to dla siebie.

Również Księżycowy Las powoli wrócił do swojej dawnej natury. Chłopiec nadal przychodził pod Królewski Dąb, ale nie wyrzucał już tam swoich myśli. Dzielił je z tymi, którym ufał i wiedział, że go wysłuchają.

 

 

Pożegnanie ze smutkiem

Był sobie raz chłopiec, który jak magnes przyciągał wszystkie smutki. Zauważał wszystkie najmniejsze powody do smutku, nawet takie tyci tyci. A to coś nie wyszło tak, jak by chciał, a to ktoś powiedział coś niemiłego. I te wszystkie smuteczki, które przypominały małe, plastelinowe ludki, przyklejały się do niego, do jego ramion, nóg, głowy.

Smutki te żywiły się myślami chłopca. Im bardziej on o nich myślał, tym większe się stawały. Początkowo ludzie, którzy znali chłopca, próbowali odczepić od niego te smutki. Rozśmieszali go, proponowali wspólną zabawę. Ale chłopiec nie potrafił rozstać się ze swoimi małymi towarzyszami. Przestał odwzajemniać uśmiechy, nie cieszył się z żartów i zabaw. Zamiast tego myślał o swoich smutkach, których było już coraz więcej.

W końcu te małe, smutne, plastelinowe stworki zlepiły się w jednego wielkiego, smutnego stwora. Stwór oplótł szyję chłopca swoimi długimi, lepkimi łapkami i zwisał teraz na jego plecach, jakby był plecakiem, w dodatku bardzo ciężkim plecakiem. Pod jego ciężarem głowa i ramiona chłopca przygarbiły się, a nogi ugięły w kolanach. Znajomi chłopca stwierdzili, że nic na to nie poradzą i przestali zwracać na chłopca uwagę. Już nie pytali, co słychać. Mówili tylko do siebie nawzajem: “To ten chłopiec co ciągle się smuci. Nie proponuj mu zabawy, bo i tak nie zechce“. A dla chłopca było to także kolejnym powodem do smutku. Widział, że nie pasuje do innych ludzi. Ruszył więc w drogę, niosąc na plecach swój smutny plecak.

Idąc tą drogą, nie widział jednak zbyt wiele dookoła. Nie widział słońca na niebie, bo jego ciężka, zmęczona głowa opadała w dół. Nie widział też kwiatów na łące, bo jego myśli były zbyt zajęte rozmyślaniem o smutku. Stwór coraz mocniej oplatał jego szyję i ramiona, i chłopcu naprawdę było już ciężko. Poczuł też, że stwór zaczyna się zmieniać. Stał się kłujący, drapiący i szorstki. Zamieniał się w rozdrażnienie.

Przez zmęczenie i nieuwagę chłopiec potykał się o kamienie. A każde potknięcie było teraz powodem do rozdrażnienia. W końcu nie miał już siły iść dalej. Przysiadł na wielkim kamieniu przy drodze. I gdy tak siedział, rozmyślając o swoim smutku, przyfrunął do niego ptak.

– Witaj. – Powiedział i skłonił lekko głowę, tak by napotkać wzrok chłopca.

– Witaj. – Odrzekł cichutko chłopiec.

Ptak przysunął się nieco bliżej i tak samo cichym głosem powiedział:

– Musi ci być bardzo ciężko nieść na plecach tego stwora.

Chłopiec westchnął tylko. Nie ucieszył się z obecności ptaka, bo dawno zapomniał, jak to jest się cieszyć, ale poczuł, że odpowiada mu ta jego obecność i chciałby słuchać go dalej. A ponieważ ptak był mądrym i uważnym stworzeniem, dostrzegł te uczucia i odezwał się ponownie.

– Potrzebuję twojej pomocy. Czy możesz coś dla mnie zrobić?

Chłopiec zdziwił się, że ktoś prosi go o pomoc. Przecież to on sam zawsze potrzebował pomocy i pocieszenia.

– W moim skrzydle tkwi kolec i nie potrafię sam go wyciągnąć. Dla ciebie to nic trudnego a mi przyniesie wielką ulgę. Czy możesz mi pomóc?

Chłopiec zgodził się pomóc. Obejrzał dokładnie skrzydło ptaka i tak delikatnie jak tylko potrafił wyciągnął kolec.

– Bardzo ci dziękuję. Sprawiłeś mi ogromną radość. – Powiedział ptak.

Chłopiec ponownie zadziwił się, że takim drobnym, prostym gestem sprawił komuś radość. Wydało mu się też, że ciężki stwór na jego plecach zrobił się odrobinę lżejszy.

– Chciałbym ci się jakoś odwdzięczyć. – Powiedział ptak. – Obserwowałem cię już jakiś czas. Bardzo troszczysz się o tego stwora, którego nosisz na plecach i przez to nie masz już siły, żeby rozejrzeć się dookoła. A wokół jest mnóstwo ciekawych i wspaniałych rzeczy.

Chłopiec słuchał, bo nikt wcześniej nie mówił do niego w taki sposób.

– Wezmę cię na swój grzbiet i zabiorę tam wysoko do nieba, żebyś mógł zobaczyć więcej. Ale mam do ciebie prośbę…

Chłopiec patrzył na ptaka z coraz większym zaciekawieniem.

– Nie uniosę was obu. Twój towarzysz jest dla mnie za ciężki. Czy zgodzisz się zostawić go tu na chwilę, na czas naszej podniebnej podróży?

Chłopiec zawahał się. Nigdy nie rozstawał się przecież ze swoim smutkiem. Postanowił jednak spróbować. Powoli odczepił długie, lepkie ręce stwora od swojej szyi i zrzucił go na ziemię, a wtedy… poczuł ulgę. Jego ciało stało się nagle lekkie jak piórko. Nabrał powietrza w płuca i odetchnął głęboko. Wyprostował ramiona, uniósł głowę. Potem wdrapał się na grzbiet ptaka i razem z nim wzbił się w powietrze.

– Lecimy do słońca. – Powiedział ptak. – Pozwól, by ogrzało cię swoimi promieniami.

I chłopiec pozwolił słońcu się ogrzać. Pozwolił też, by wiatr głaskał go po rękach, nogach i twarzy. Usłyszał śpiew innych ptaków, zobaczył w dole łąkę pełną kwiatów. Wcześniej nic z tego nie dostrzegał, bo skupiony był na swoim smutku. Ta krótka, podniebna podróż spodobała mu się. Gdy wylądowali na ziemi, czekał tam pozostawiony przez chłopca jego smutny stwór. Chłopiec zapytał nieśmiało ptaka:

– Co mam zrobić, żeby być szczęśliwy?

– Nie wiem. – Odpowiedział ptak. – Ale jeśli podobała ci się nasza wycieczka, możesz uśmiechnąć się do mnie.

Chłopiec uśmiechnął się i poczuł, że razem z tym uśmiechem wpłynęło do jego serca odrobinę radości. Popatrzył niepewnie na swojego smutnego stwora. A mądry i uważny ptak wyczuł jego niepewność i powiedział:

– Twój stwór długo ci towarzyszył. Może nadszedł czas, żebyś podziękował mu za to, że był przy tobie i pozwolił mu pójść swoją drogą?

Chłopiec zastanowił się przez chwilę. Miło było cieszyć się słońcem, wiatrem i uśmiechać. Może rzeczywiście czas już pożegnać się ze smutkiem i pójść dalej, zobaczyć, co jeszcze go spotka.

– Ja sam nie dam rady. – Powiedział chłopiec do ptaka. – Czy możesz odprowadzić mnie kawałek?

Ptak skinął lekko głową i uśmiechnął się, a chłopiec odwzajemnił ten uśmiech. Potem chłopiec pożegnał się ze swoim smutnym stworem. Nie było to łatwe rozstanie, ale chciał spróbować. Wcześniej jak magnes przyciągał do siebie smutki. Postanowił, że teraz spróbuje rozejrzeć się za drobnymi powodami do radości, choćby takimi tyci tyci.

Ola i Strach

 Ola była drobną dziewczynką o jasnych włosach, zazwyczaj związanych w dwa warkocze. Nosiła niebieski plecak, a z jego bocznej kieszeni wystawał pluszowy, zielony krokodyl. To była ulubiona zabawka Oli, zawsze gdy było jej smutno, on ją pocieszał.

Ola była dzielną i odważną osobą, ale od pewnego czasu zauważyła, że dzieje się coś niedobrego. Gdy wracała ze szkoły, czuła, że ktoś ją obserwuje. Często, gdy szła drogą, coś poruszało się w krzakach albo trzaskało gałązkami i znikało. Czasem Oli wydawało się, że jakaś postać wychyla się za rogiem, który właśnie minęła, ale gdy się odwracała, nikogo nie było. Ola ściskała wtedy bardzo mocno swojego zielonego krokodyla, żeby dodać sobie odwagi i szła szybciej.

Ale ten niewidzialny osobnik stał się ostatnio bardziej nachalny i bardziej widoczny. Coraz głośniej trzaskał gałązkami, szurał za nią nogami, a czasem wołał HUHU! i znikał.

Ola czuła się bardzo nieprzyjemnie i już nawet przytulanie krokodyla nie pomagało. Im bardziej dygotała i im szybciej przed nim uciekała, tym on częściej za nią chodził i był głośniejszy. Ogromny cień śledził ją, gdy szła na podwórko, do sklepu i do babci… wszędzie. A im bardziej Ola się bała, tym on stawał się większy.

Już nawet inni ludzie zaczęli pytać:

–          Olu, czy ktoś za tobą nie chodzi? Kto to jest Olu?

Ola nie chciała się przyznać do tego, że dzieje się coś niedobrego i denerwując się, mówiła:

–          Nikt za mną nie chodzi, nie macie racji, dajcie mi spokój!

Ale wtedy ten ktoś, kto za nią chodził, tylko chichotał, jakby go to bawiło i głośniej trzaskał gałązkami.

W końcu Ola miała dosyć i gdy pewnego dnia usłyszała za sobą jego HUHU, odwróciła się i głośno krzyknęła:

–          Wychodź! Pokaż się!

Przez chwilę panowała cisza, a potem tajemniczy osobnik wyszedł zza krzaków.

Było to STRACH.

Był wyższy od Oli, miał czarną, kosmatą czuprynę, długie ręce i nogi, na których szedł, chwiejąc się raz w prawo raz w lewo. Oczy wielkości spodków od filiżanek patrzyły prosto na Olę, a wąskie usta wołały HUHU!

Ola cała się trzęsła i przez chwilę miała ochotę uciec, ale mocno ścisnęła swojego krokodyla, podniosła wysoko głowę i wzięła głęboki oddech, a potem, patrząc prosto w oczy Stracha, powiedziała:

–          Jeśli już musisz wszędzie za mną łazić to proszę bardzo, możesz sobie łazić, trudno. Ale musimy ustalić pewne warunki.

Słysząc to, Strach zatrzymał się na swoich pałąkowatych nogach i zamrugał ze zdziwienia oczami. Tego się nie spodziewał. Przestał wołać HUHU i odrobinę jakby się skurczył.

Ola poczuła się odważniej i mówiła dalej:

–          Możemy wszędzie chodzić razem, ale tak, żebym cię widziała. Nie wolno ci się chować po krzakach i nagle wyskakiwać. I jeszcze jedno, jeśli mamy tyle czasu spędzać razem, to musisz jakoś inaczej wyglądać. Teraz wyglądasz wstrętnie.

Słysząc taki stanowczy ton głosu i widząc poważną minę dziewczynki, Straszydło nie miało innego wyjścia, jak tylko potulnie i grzecznie poczłapać za nią na swoich pałąkowatych nogach.

Ola zaprowadziła Stracha do swojego pokoju i wyszperała z szafy kilka rzeczy. Dużym grzebieniem przeczesała jego kosmatą czuprynę i przypięła na głowie wielką, różową kokardę. Czerwony okrąglutki nos clowna za pomocą gumki założyła Strachowi na jego własny nos, a na nogi założyła mu swoje stare wrotki.

–          No teraz wyglądasz o wiele lepiej. – Powiedziała Ola dumna ze swojego dzieła.

Strach popatrzył w lustro. Obejrzał się uważnie z przodu i z tyłu. Czuł się jakoś głupio i w ogóle nie strasznie. Chciał zaprotestować i już otwierał swoją paszczę, żeby coś powiedzieć, ale groźne spojrzenie Oli sprawiło, że tylko bezradnie opuścił ramiona i ze skwaszoną miną przycupnął na dywanie koło łóżka.

Od tej pory wszędzie gdzie szła Ola, tam podążał za nią Strach w różowej kokardzie na głowie i z czerwonym nosem clowna, próbując nie wywrócić się na starych, rozklekotanych wrotkach. Ola widziała go, gdy wracała ze szkoły, szła na podwórko, na zakupy, do babci. Był z nią też w klasie, siedział w kącie przy ostatniej ławce.

Nie zawsze było łatwo się z nim dogadać. Strach był na początku bardzo uparty i próbował kontrolować Olę. Np. gdy dzieci przygotowywały się do przedstawienia z okazji Dnia Matki, Strach szeptał Oli do ucha:

–          Nie możesz wystąpić, nie uda ci się, nie uda ci się.

A tuż przed przedstawieniem uwiesił jej się na plecach i ściskał mocno za gardło, tak że Oli trudno było coś powiedzieć. Zamknęła wtedy oczy, zaczęła spokojnie oddychać i rozluźniła się. Strach spadł na podłogę, tłukąc sobie kolana i pośladki. Ola, patrząc prosto w jego wielkie, wybałuszone oczy, powiedziała:

–          Słuchaj, ja i tak wystąpię w przedstawieniu, czy ci się to podoba, czy nie. Nie możesz mi teraz przeszkadzać, więc lepiej idź sobie na bok i poczekaj, aż przedstawienie się skończy.

Strach z obrażoną miną poczłapał więc na bok. Poszedł na widownię, gdzie próbował jeszcze przeszkodzić Oli, robiąc straszne miny, ale ona wcale na niego nie patrzyła.

Strach próbował też swoich sił nocą, gdy Ola zasypiała sama w swoim pokoju. Skrobał wtedy paznokciami o podłogę, stukał palcem w okno, ukrywając się za zasłoną albo wydawał różne dźwięki, zmieniając przy tym głos za każdym razem. A gdy Ola wystraszona rozglądała się po pokoju, udawał, że śpi smacznie. Na początku Ola nabierała się na jego paskudne żarty. Ale z czasem odkryła, kto jest sprawcą tych nocnych hałasów. Ze swojej skrzyni skarbów wygrzebała mały dzwoneczek i przywiązała go Strachowi do nogi. Od tej pory, gdy tylko się ruszył, rozlegał się cichy i przyjemny dźwięk dzwoneczka.

Strach przekonał się, że nie tak łatwo będzie mu wygrać z tą dziewczynką, która jest odważniejsza niż mu się wydawało.

Z czasem Ola przyzwyczaiła się do obecności Stracha i zaakceptowała go. Wieczorem zostawiała nawet dla niego sok i ciastka, które kładła pod łóżkiem. Rano zostawały tylko okruszki i pusta szklanka. A czasami, gdy czytała książkę z ciekawymi opowieściami, widziała kątem oka, jak na ścianie za nią przybliża się bezszelestnie cień, nadstawiając swoje kosmate uszy. Czytała wtedy głośniej, żeby i on mógł posłuchać.

Gdy ktoś pytał teraz Olę, co to za dziwny stwór jej towarzyszy, mówiła spokojnie:

–          To mój Strach. On koniecznie chce wszędzie za mną chodzić, więc mu pozwoliłam, ale jakoś się dogadujemy.

Czasem Strach próbował jeszcze zaskoczyć Olę, np. huuuuuuuucząc lub nagle pstrykając palcami tuż przy jej uchu, ale wtedy Ola ściskała swojego zielonego krokodyla, oddychała spokojnie i stanowczo mówiła:

–          Pamiętaj, jakie ustaliliśmy warunki.

Po czym wyciągała z kieszeni małe lusterko i pokazywała je Strachowi, żeby przypomniał sobie, jak teraz wygląda. Gdy Strach spoglądał w lusterko, natychmiast tracił swoją odwagę, opuszczał bezradnie ramiona i mamrotał pod nosem. Nie czuł się już taki ważny i straszny. Ola zauważyła, że zaczął się kurczyć i wielkością przypominał teraz królika. Nie trzymał się już tak blisko Oli, tylko jechał na swoich wrotkach kilka metrów za nią. Po pewnym czasie nie chciało mu się nawet wszędzie za nią chodzić i widywali się coraz rzadziej.

Czasem ktoś pytał Olę:

–          A gdzie jest ten stwór, co zawsze za tobą chodził?

Wtedy Ola rozglądała się dookoła i zdawała sobie sprawę, że Stracha nie ma. Już tylko czasem pojawiał się na krótką chwilę.

–          Ach to Ty – Mówiła wtedy Ola, widząc go.

Potem oddychała spokojnie i krótko machała ręką na “do widzenia”. A po chwili Stracha już nie było.

Ola zauważyła też, że nie tylko ona ma tajemniczego towarzysza. Czasami widziała jak jakiś chłopiec lub dziewczynka idą spokojnie, a gdzieś w pobliżu skrada się za nimi jakiś cień. Wiedziała już teraz, że to ich własne Strachy. Pomyślała też, że jeśli któraś z jej koleżanek spotka takiego stwora, to chętnie jej doradzi, jak się z nim dogadać.

 

Piotruś i Emocje. Część III: “Piotruś, Mądrość i Emocje”

Po przygodzie z chochlikiem Piotruś i jego znajomi szli jeszcze długo ścieżką wśród drzew. Co jakiś czas słyszeli przeciągłe huuuhuuu huuuhuuu. Złość zaczynała już narzekać, że idą tak długo, a Strach dygotał coraz bardziej, rozglądając się po ciemniejącym lesie. I wtedy właśnie ich oczom ukazała się mała, drewniana chatka. Stała samotnie pośrodku lasu.

– Hurra! Jesteśmy na miejscu. – Zawołała Radość. To tutaj mieszka Mądrość. Zanim wejdziemy, muszę wam powiedzieć, że Mądrość rzadko pokazuje się swoim gościom. Można z nią porozmawiać, ale nie można jej zobaczyć. Jest bardzo tajemnicza. Chodźcie, wejdźmy do środka.

Drzwi uchyliły się przed nimi, skrzypiąc cichutko. Promyki słońca przedarły się przez korony drzew i wślizgnęły się do chatki, oświetlając jej małe wnętrze. Było tam cicho, ciepło i przytulnie. Na jednej ze ścian wisiało duże lustro, w którym Piotruś zobaczył siebie i swoich sześciu towarzyszy. Stali, rozglądając się dookoła. I wtedy, nie wiadomo skąd usłyszeli spokojny, przyjazny głos.

– Witaj Piotrusiu. Witajcie Emocje. Co was do mnie sprowadza?

Wszyscy rozejrzeli się dookoła, a Strach lekko podskoczył. Nikogo nie zobaczyli.

– Zgubiłem się w lesie. – Odpowiedział Piotruś. – Ale skąd wiesz, jak mam na imię? I co to są te emocje?

Głos odezwał się ponownie.

– Żyję już bardzo długo na świecie i sporo wiem. Emocje to twoi przyjaciele, którzy tu z tobą przyszli.

– Aha, tak, tak, jesteśmy emocjami. – Orzekły jednocześnie Radość, Złość, Strach, Smutek, Wstyd i Zaciekawienie.

– Emocje są bardzo ważne w twoim życiu Piotrusiu.

– Ahaaa! Jesteśmy bardzo ważne. – Powtórzyły chórem emocje.

– Dlaczego są takie ważne? One zadawały mi takie dziwne pytania, każde z nich mówiło i robiło co innego, aż nie wiedziałem, kogo mam słuchać.

– Masz rację Piotrusiu, to trudne. Rozsądek jest bardzo ważny, ale ważne jest też to, co czujemy. – Mówiła dalej Mądrość. –  W moim magicznym lustrze można zobaczyć różne niezwykłe rzeczy. Dziś widziałam w nim waszą przygodę z wężem, który udawał gałąź i z niemiłym chochlikiem. Myślisz, że emocje ci wtedy pomogły?

Piotruś przypomniał sobie przygody, które spotkały ich dzisiejszego dnia.

– Hmm… Zaciekawienie zauważyło, że to nie jest zwykła gałąź, a Strach miał rację, żeby stamtąd uciekać. Złość przepędziła chochlika i dał nam spokój. A Radość zawsze poprawiała nam humor.

Emocje, słuchając tego, kiwały głowami. Prowadząc Piotrusia do tej chatki, nie spodziewały się usłyszeć tylu rzeczy o sobie.

Tymczasem słońce, przypominając o swojej obecności, musnęło złocistym promykiem wiszący na ścianie zegar. Zegar, nie chcąc być nieuprzejmy, odpowiedział na tą zaczepkę.

Tyk – tyk tyk – tyk

Robiło się późno, a Piotruś nadal nie wiedział, jak wrócić do domu. Czuł jednak, że nie może jeszcze wychodzić, że musi jeszcze dowiedzieć się czegoś więcej na temat emocji, które dziś poznał, dlatego znów zapytał Mądrość:

– One pytały mnie, czy jestem wesoły, czy się złoszczę, boję, czy mi smutno, czy coś mnie ciekawi… wiem, że czasem jestem głodny, bo wtedy burczy mi w brzuchu. Czuję też, jak coś mnie boli albo kiedy chce mi się spać… ale tych innych rzeczy to wcale sobie nie przypominam.

Mądrość długo nie odpowiadała i Piotruś pomyślał, że może zasnęła albo uciekła tylnymi drzwiami, ale w końcu usłyszał jej głos.

– Myślę, że najlepiej, jak sam to zobaczysz…

Łup, łup

Wiatr jak nieproszony gość wdarł się do chatki, uderzając oknami o ścianę i przewracając stojącą w kącie miotłę. Lustro zadrżało trącone jego podmuchami i zaczęło delikatnie kołysać się w przód i w tył. Piotruś spojrzał w lustro i zobaczył w nim swoje odbicie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że odbicie to zamiast robić dokładnie to samo co on, czyli stać spokojnie w miejscu, zaczęło nagle podskakiwać, klaskać w dłonie i głośno się śmiać.

Włochate stworki także przyglądały się temu lustrzanemu Piotrusiowi.

– Ohh, jak wspaniale tu wyglądasz! – Powiedziała z uśmiechem czerwona kulka. – Szkoda, że cały czas nie jesteś taki radosny. Ciekawe, co cię tak rozbawiło.

– To bardzo przyjemne czuć radość. – Odezwał się głos. – Ale inne emocje też są nam potrzebne…

Wiatr zaświszczał, przepychając się między domowymi sprzętami, a tafla lustra zamigotała, zapraszając do obejrzenia czegoś nowego. Piotruś znów zobaczył swoje odbicie, które tym razem rozglądało się dookoła, otwierając przy tym szeroko oczy. Po krótkiej chwili odbicie wzięło do ręki jakiś przedmiot i zaczęło mu się intensywnie przypatrywać, obracając go w dłoniach we wszystkie strony.

– Co to jest? Co on tam znalazł? Ja też chcę zobaczyć! – Mówiła fioletowa kulka, podskakując wysoko, żeby lepiej widzieć obraz w lustrze.

– Nie bądź taka ciekawska, co się tak pchasz?! – Złość szturchnęła ją łokciem.

– Nie jestem ciekawska, tylko zaciekawiona. – Odpowiedziała kulka z obrażoną miną.

– Spokojnie emocje. – Powiedziała Mądrość. – Piotruś ten tu w lustrze też jest zaciekawiony. Zaciekawienie to taka emocja, która pojawia się, gdy spotykamy coś nowego, czego wcześniej nie widzieliśmy, coś co chcielibyśmy bliżej poznać i przyjrzeć się temu.

– Aha. – Emocje kiwały ze zrozumieniem głowami, a razem z nimi kiwał głową Piotruś.

– Hej, jesteśmy super emocjami! – Krzyknęła wesoło Radość, przybijając piątkę z Zaciekawieniem.

Złość spojrzała na nie z krzywą miną.

– A my? – Zapytała, wskazując palcem na siebie i pozostałe emocje. –  O nas też coś będzie?

– Oczywiście, że będzie. – Odpowiedziała Mądrość.

Lustro znów się zakołysało. Włochate i kosmate stworki przysunęły się bliżej, żeby lepiej widzieć. Tym razem lustrzany Piotruś siedział z podkurczonymi nogami i głową ukrytą między kolanami. Po chwili głowa uniosła się wyżej, tak że można było zobaczyć oczy, z których jedna po drugiej jak wielkie grochy kapały łzy.

Piotruś, ten prawdziwy w chatce, przypomniał sobie zdarzenie, które tak go zasmuciło i choć było to dawno temu, to teraz znów zrobiło mu się przykro. Emocje zauważyły to, a Złość podeszła nawet bliżej i poklepała go po ramieniu.

– No i po co się tak smucić i płakać? – Powiedziała. – Daj już spokój, trzeba być dzielnym.

– Złość, moja droga. – Odezwała się Mądrość. – Czasami jest nam źle, bo spotyka nas coś niemiłego, nieprzyjemnego. Nie mamy wtedy ochoty śmiać się i bawić, bo jest nam smutno. Czasem nawet mamy ochotę płakać i to nic złego, możemy sobie na to pozwolić.

Złość zarumieniła się i nie wiedząc co powiedzieć, odeszła na bok, gdzie stała brązowa kulka.

– Zawstydziłaś się? -Brązowa kulka szepnęła jej do ucha – Nie przejmuj się, ja tak mam ciągle.

– Wcale się nie zawstydziłam. – Złość próbowała także powiedzieć to szeptem, ale wszyscy ją usłyszeli.

– Być czasem zawstydzonym to też całkiem normalna rzecz. – Powiedziała Mądrość. – Popatrz Piotrusiu, ty też się kiedyś tak czułeś.

W lustrze pojawiło się znowu odbicie Piotrka. Lustrzany Piotruś stał z opuszczoną głową, skubiąc palcami rękaw swojej bluzy, jego buzia była mocno zaczerwieniona. Oj tak, prawdziwy Piotrek przypomniał sobie, że to było bardzo niemiłe zdarzenie i miał wtedy ochotę schować się gdzieś głęboko, żeby nikt go nie znalazł.

Brązowa kulka przysunęła się bliżej chłopca i wsunęła swoją włochatą łapkę w jego dłoń.

– Kolejna emocja, którą ci pokażę też nie jest przyjemna. – Powiedziała Mądrość.

Piotruś westchnął cicho, ścisnął łapkę zawstydzonej kulki i spojrzał w lustro. Jego odbicie stało w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Prawdziwy Piotruś i wszystkie kolorowe kulki wzdrygnęły się, gdy usłyszały skrzypnięcie drzwi. Ten dźwięk dochodził z lustra. Lustrzany Piotruś aż podskoczył i głośno przełknął ślinę, rozglądając się dookoła. Teraz słychać było nawet bicie jego serca. Ręce i nogi lustrzanego chłopca dygotały lekko. Prawdziwy Piotrek poczuł, jak coś ściska go mocno za nogę. To niebieska kulka przyturlała się do niego szybciutko i mocno go złapała. Ona również cała dygotała. Chłopiec podniósł ją do góry i uśmiechnął się do niej.

– Bardzo nie lubię się bać. – Powiedział. – Wolałbym być zawsze odważny i nieustraszony.

– Każdy czasem się boi. – Odezwała się Mądrość. – Nawet najodważniejszy człowiek. Strach też jest potrzebny. Przypomnij sobie waszą przygodę z wężem. Jak myślisz, co mogłoby się stać, gdybyś posłuchał wtedy Złości?

Piotruś popatrzył na czarną, kosmatą kulkę stojącą wśród innych emocji. Pamiętał, jak chciała rozwalić gałąź, która zagradzała im drogę.

– Wąż pewnie by się wściekł i mógłby zrobić nam krzywdę. Ale Strach uparł się, żeby nie wchodzić mu w drogę, więc wąż nic nam nie zrobił.

– Tak, dlatego bać się jest czasem bardzo rozsądnie.

– Aha, więc nie powinienem nigdy słuchać Złości? – Zapytał Piotruś.

Mądrość długo milczała i Piotruś pomyślał, że chyba ona też nie potrafi powiedzieć nic dobrego na temat Złości. Kosmata kulka za ich plecami patrzyła teraz na Piotrusia z niezbyt przyjazną miną. W końcu Mądrość odezwała się.

– Złość jest nam także bardzo potrzebna i może przynieść dużo dobrych rzeczy, jeśli nauczymy się słuchać jej uważnie.

Piotruś popatrzył jeszcze raz na kosmatą kulkę, która miała teraz o wiele bardziej przyjazną minę.

– Ojej, nie wiem, czy to wszystko zapamiętam i czy dam sobie z tym radę.

– Wszystko na początku wydaje się trudne. Czeka cię jeszcze sporo pracy, ale wierzę, że sobie poradzisz.

W chatce zrobiło się już ciemno, a słońce na dobre postanowiło schować się za drzewami. Piotruś wiedział, że musi już wracać.

– Jak odnajdę drogę do domu?

– Gdy wyjdziesz z mojej chatki, idź prosto, aż dojdziesz do wąskiej ścieżki, która zaprowadzi cię do twojego domu.

– I to wszystko? To takie proste?

– Wiele rzeczy jest prostych, gdy tylko otrzymamy odrobinę pomocy. – Powiedziała Mądrość i jej głos rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając ciszę i spokój.

Piotruś spojrzał w lustro ostatni raz i zobaczył swoją własną uśmiechniętą buzię oraz sześć małych postaci stojących wokół niego. Przypomniał sobie, jak denerwowało go dziś ich trajkotanie. Wtedy ich nie rozumiał, ale teraz wydawało mu się, jakby znał je już bardzo długo i poczuł się spokojniejszy. Był też bardzo ciekawy, co wydarzy się jutro.

Piotruś i Emocje. Część II: “Chłopiec, który nie wiedział, co czuje”

 

piotrus0005

Jak się okazało, o wiele łatwiej było stoczyć się z pagórka, niż wspiąć się na niego. Dla tak niewielkich osobników, jakimi byli nasi nowi znajomi, pagórek był bardzo wysoki i stromy, a porastająca go trawa gęsta i łatwo było się w niej zgubić. Po długim czasie wśród sapania i wzdychania sześciu osobliwych wędrowników dotarło na szczyt pagórka. Tak im się przynajmniej wydawało. Nie było to jednak to samo miejsce, z którego rozpoczęli swoje turlanie pod jabłonkę. Przed nimi rozpościerał się bowiem gęsty las pełen wysokich, szumiących drzew, które niechętnie wpuszczały do środka promyki wiosennego słońca.

– Ale przygoda! – Zawołała Radość.

– W kolce jeża! Gdzie my jesteśmy? – Pytała Złość, marszcząc groźnie brwi.

– Ooo! Co za widok! – Wołało Zaciekawienie, otwierając z niedowierzaniem oczy.

– Zgubiliśmy się i nikt nam nie pomoże. – Powiedział Smutek, opuszczając bezradnie ręce.

– Ojojoj, co teraz z nami będzie?! – Krzyczał panicznie strach.

– Jak to co będzie? Idziemy dalej przed siebie. – Odpowiedziała pewna siebie Radość.

Szli tak kilka minut wśród gęstych, zielonych drzew, aż spotkali na swojej drodze kogoś jeszcze… Siedział pod drzewem z podkurczonymi nogami i patrzył przed siebie.

– Ooo! A kim Ty jesteś? – Spytało Zaciekawienie.

Nieznajomy dopiero teraz zorientował się, że nie jest sam. Popatrzył na przybyszy bez większego zainteresowania.

– Jestem Piotruś. – Powiedział ktoś, kto okazał się być po prostu chłopcem. – Mam sześć lat i mieszkam tam… albo tam… albo tam… a może tam. – Dodał, wskazując palcem różne strony lasu. – Nie wiem, gdzie powinno być to TAM. Zgubiłem się.

– A to pech! Na pewno jesteś okropnie zły z tego powodu! – Powiedziała Złość.

– Ojej, to straszne! – Wykrzyknął Strach.

– Cicho Strachu. – Zawołała Radość. – Przecież to wspaniała okazja na fantastyczną przygodę.

– Właśnie. – Dodało Zaciekawienie. – Tyle tu wspaniałych, niespotykanych rzeczy. Możesz odkryć coś, czego jeszcze nikt nie widział.

– Przecież to okropnie smutne. – Sprzeciwił się Smutek. – Można tylko usiąść i płakać, i czekać, aż ktoś przyjdzie z pomocą.

Tak dyskutowały ze sobą i kłóciły się: Radość, Złość, Strach, Smutek i Zaciekawienie. Wstyd stał cichutko z boku i słuchał tylko, wolał się nie odzywać, żeby nie powiedzieć czegoś głupiego. W końcu Piotruś przerwał te spory.

– Przestańcie. Zgubiłem się i tyle. I w ogóle nie wiem, o czym mówicie. Co to za dziwne rzeczy?

– Jak to?! – Wykrzyknęło naraz pięć głosów. – Więc nic nie czujesz?

Piotruś patrzył niepewnie na te dziwne stworki, zupełnie nie rozumiejąc, o co im chodzi.

– Czuję, no pewnie, że czuję! – Odpowiedział. – Jest mi bardzo mi zimno, bo długo już tu siedzę, burczy mi w brzuchu, bo dawno nic nie jadłem, bolą mnie nogi od chodzenia w kółko i uszy mi pękają od waszego gadania.

Przybysze popatrzyli na siebie, wytrzeszczając oczy i kręcąc głowami.

– Nie o takie rzeczy nam chodzi. Czy nigdy z niczego się nie cieszysz?

– Czy nigdy się nie złościsz?

– Niczego się nie boisz?

– Nigdy nie jest ci smutno?

– I nic cię nie ciekawi?

Trajkotały jeden przez drugiego, podnosząc głosy.

– Aaaaa! Cicho, cicho! Naprawdę nie wiem, o czym mówicie. – Próbował przekrzyczeć je Piotruś.

– To straszne!

– Smutne!

– Niesłychanie!

Dziwiły się emocje.

– Po co mam czuć to wszystko? Nie wystarczy, że jestem głodny, zmęczony i jest mi zimno? Jak można czuć tyle rzeczy naraz? – Zastanawiał się chłopiec.

– To bardzo trudne pytanie. – Oznajmiła Radość. – Ale wiem, kto zna na nie odpowiedź, a przy okazji pomoże ci odnaleźć drogę do domu. Chodź z nami, to cię zaprowadzę.

– Wszystko mi jedno, możemy iść. I tak nie mam nic innego do roboty. – Odpowiedział Piotruś, wzruszając ramionami.

– Dokąd pójdziemy? – Zapytało Zaciekawienie. – Kto zna odpowiedzi na te pytania?

– To Mądrość… mieszka w najstarszej części lasu, tam gdzie drzewa są najwyższe i mają najgrubsze pnie i największe korzenie. – Mówiła z przejęciem Radość. – Podobno zna odpowiedzi na wiele pytań i każdemu chętnie pomoże. Chodźcie, zapowiada się wspaniała wędrówka.

Radość podskoczyła wysoko, zmieniając kolor na jagodowy i ruszyła przed siebie, a za nią ruszyła cała reszta.

***

Szli już długo przez las i wszyscy byli już bardzo zmęczeni. Słońce, któremu znudziło się wisieć na środku nieba, schowało się teraz za jedno z wysokich drzew i wokół zrobiło się ciemniej i zimniej. Liście drzew szumiały na wietrze, gałązki trzaskały pod stopami, a z oddali słychać było huuuhuuu.

– Jaki straszny jest ten las. Tak tu ciemno i nieprzyjemnie. Cięgle coś huhuczy. Nie wiadomo, co się czai za tymi drzewami. – Lamentował Strach.

– Nie marudź już, nie marudź! – Zdenerwowała się Złość. – Chodzimy tak i chodzimy.  Już mam tego dość.

– Czyżbyś też się bała? – Zapytała Radość?

– Ja?! Ja się niczego nie boję! Jak śmiesz tak mówić?!

– Bo masz gęsią skórkę…

– To z zimna. – Oburzyła się Złość. – I lepiej już przestań, bo pożałujesz!

Szli dalej, przedzierając się przez wysokie, szumiące drzewa. Panującą dookoła ciszę przerywał jedynie trzask łamanych gałązek i huuuhuuuczenie nieznanych im stworzeń. Ścieżka, po której szli, zrobiła się bardzo wąska i musieli teraz iść gęsiego. Najpierw Zaciekawienie, potem Radość, za Radością Złość, za Złością Piotruś, za Piotrusiem Smutek i Wstyd a na końcu Strach. Głowa za głową, noga za nogą. Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy… Aż tu nagle…

– Stójcie! – Wykrzyknęło Zaciekawienie.

Po obu stronach ścieżki, którą wędrowali, rosły drzewa, ale między tymi drzewami wyrosła przed nimi potężna gałąź zagradzająca im drogę. Gałąź była bardzo gładka i lekko lśniła zielonkawym kolorem, gdy tylko padł na nią mały promyk słońca.

– Ohoho! – Wykrzyknęło Zaciekawienie. – Nigdy czegoś takiego nie widziałem. To nie jest zwykła gałąź. To coś niesamowitego!

Radość wychyliła głowę do przodu.

– Ojej! Jakie to piękne. Chcę dotknąć, chcę zobaczyć.

I już wyciągała ręce w kierunku tajemniczego znaleziska, gdy zatrzymał ją Strach.

– Nie rób tego, nie dotykaj! Przecież nie wiemy, co to jest. To może być niebezpieczne.

– Oh, rozwalmy to, bo zagradza nam drogę, nie będziemy się zatrzymywać przez jakiś głupi badyl! – Mówiła niecierpliwie Złość.

– Nie, nie! Nie zgadzam się! – Krzyczał już panicznie Strach.

– Ehh, znowu jakaś przeszkoda. Sami sobie nie poradzimy. – Szeptał cichutko Smutek.

Wtedy Odezwał się Piotruś.

– Ja chyba gdzieś już widziałem taką gałąź, tylko nie pamiętam gdzie. Myślę, że lepiej jej nie dotykać.

Zawrócili więc ze ścieżki i weszli między gęste drzewa. Nie uszli jeszcze wielu kroków, gdy usłyszeli za sobą bardzo niepokojący dźwięk.

Sssssssssss… sssssssssss…

Odwrócili głowy i zobaczyli, że wielka, zielona gałąź rzeczywiście nie była zwykłą gałęzią. Wiła się teraz w górę po pniu drzewa, błyskając wąziutkimi oczami i wysuwając spiczasty język.

Aaaaaaaaaaaaa!

Strach ruszył biegiem przed siebie, a chwilę potem biegła już za nim reszta towarzyszy. Gdy znaleźli się już daleko od sssyczącej niegałęzi, zatrzymali się, sapiąc i dysząc ze zmęczenia. Piotruś odezwał się pierwszy.

– Już wiem, gdzie widziałem taką gałąź… w mojej książce o zwierzętach. To był wąż. Taki wąż może ukąsić i zrobić krzywdę. Dobrze, że posłuchaliśmy Stracha i zostawiliśmy węża w spokoju.

– Hurra! Udało nam się. – Cieszyła się Radość. – Jak to dobrze, że trzymamy się razem. Niech już nikt się nie smuci i nie złości, bo zawsze sobie poradzimy. Chodźmy dalej, przygoda czeka!

***

Słońce leniwie toczyło się po niebie. Dla zabicia nudy postanowiło zabawić się w chowanego i kryło się a to za drzewem, a to za pagórkiem, potem znowu wyglądało spomiędzy drzew, jakby chciało zaprosić innych do zabawy. Piotruś i jego nowi znajomi dotarli teraz na niewielką polanę. Wśród zielonej trawy rosły tutaj kolorowe kwiaty, a na ich płatkach siadały różnobarwne motyle. Był to naprawdę piękny widok. Ptaki nuciły spokojną melodię, a gdzieś z oddali wtórowały im żaby, które chciały pokazać, że wcale nie są w tym gorsze.

– Cudownie! – Zawołały jednocześnie Radość i Zaciekawienie.

– No i czemu nie przyszliśmy tu wcześniej? – Zapytała Złość. – Tylko włóczyliśmy się po tym głupim lesie.

– Ach, jaka szkoda, że nie możemy tu zostać na zawsze. – Powiedział Smutek, przecierając zaczerwienione oczy.

Strach i Wstyd nie mówili nic. Rozglądali się niepewnie, jakby przeczuwając, że zaraz coś się wydarzy. I okazało się, że mieli rację. Wśród tych cudownych widoków i spokojnego śpiewu ptaków rozległ się nagle piskliwy chichot. Między drzewami coś strzeliło, huknęło i na polanę wleciało dziwne stworzenie. Przypominało olbrzymiego motyla, który trzepotał skrzydłami. Głowę porastały mu rozczochrane włosy, a po obu jej stronach sterczały uszy przypominające małe trąbki. Znad długiego nosa wyglądała para wielkich oczu.

– Ojej! Co on robi, kto to jest? – Wołało Zaciekawienie nieco oburzone.

Był to chochlik. Wirował wśród motyli, próbując złapać je między swoje długie palce. Wyraźnie popisywał się swoją zwinnością.

Chichichichichi. Rozlegało się dookoła.

– Hurra! To na pewno nowy przyjaciel, może będzie nam towarzyszył. – Stwierdziła Radość. – Hej, chodź do nas.

Chochlik jednak nie miał ochoty się zaprzyjaźniać albo też nie wiedział, jak to się robi, bo zamiast się przywitać i przedstawić, szarpnął za ucho Piotrusia, a Strachowi wyrwał kilka włosów.

Chichichichichi. Piszczał głośno, fruwając nad nimi.

Strach zadygotał potężnie i rzucił się biegiem przed siebie. Chochlik uznał to za zabawne i podążył za nim, piszcząc mu do ucha i pstrykając po głowie.

– Hej poczekaj, chodź z nami, będzie fajnie! – Wołała Radość.

Ale chochlik tyko pacnął ją w głowę zerwanym z drzewa liściem. Na chwilę zniżył swój lot i gdy przebiegał obok niego Wstyd, podłożył mu nogę. Wstyd runął na ziemię i w tej samej chwili poczerwieniał i skurczył się do rozmiaru kamyczka. Nie przestając chichotać, chochlik podfrunął do Złości i pstryknął ją w nos. Tego Złość nie wytrzymała. Tupnęła nogą, nastroszyła włosy i krzyknęła tak głośno, jak umiała:

– Dość! Przestań! Zostaw nas w spokoju!

Spokoju! Pokoju! Okoju! – Powtórzyło echo.

Chochlik zatrzymał się w powietrzu, popatrzył na Złość, która wyglądała teraz bardzo groźnie i  w końcu odfrunął, znikając w gęstym lesie. Nastała cisza.

C  I  S  Z  A

A potem rozległo się:

Aaaa! Eeee! Yyyy! – To Smutek płakał głośno.

– Czemu on był taki niemiły dla nas? Przecież nic mu nie zrobiliśmy. I czemu Złość tak głośno krzyczała?

– Nie płacz Smutku. – Powiedział Piotruś. – Złość dobrze zrobiła. Ten chochlik był strasznie niemiły, a Złość go przepędziła.

– A gdzie jest Wstyd? – Zapytało Zaciekawienie.

– Wstydzie! Wstydzie! Nie chowaj się już, chochlik uciekł. – Wołali wszyscy.

Wtedy między nimi coś zaczęło rosnąć i powoli się pojawiać. Wstyd przybrał swoje normalne kształty i świecił czerwonymi policzkami.

– Hurra! – Zawołała Radość. – I znów sobie poradziliśmy. Jak dobrze, że jesteśmy razem. Chodźmy dalej, teraz już wszystko będzie dobrze.

 

Piotruś i Emocje. Część I: “Sześciu znajomych”

Wesoła kulka podskakiwała dość wysoko, jak na swoje niewielkie kształty. Odbiła się od zielonego pagórka i w tej samej chwili jej niebieskie futerko przybrało zielonopagórkowy kolor.
– Hurra! – Zawołała, bo zwykle lubiła tak wołać.
Zostawiła za sobą pagórek i potoczyła się dalej ścieżką, mijając kołyszące się po obu stronach drzewa. Spomiędzy wysokiej trawy na ścieżkę wyszedł kolczasty jeż i szedł leniwie prosto na podskakującą kulkę. Żeby się z nim nie zderzyć, kulka skręciła gwałtownie i poturlała się prosto pod rosnące przy ścieżce drzewo. Drzewem tym była jabłonka, która zaczęła teraz bombardować swojego napastnika wielkimi, dojrzałymi jabłkami.
Pac! Pac! Pac!
Jabłka spadały jedno po drugim, uderzając w naszą włochatą kulkę, która teraz była koloru czerwonodojrzałegojabłka.
Ał! Ał! Ał!
Dało się słyszeć w odpowiedzi na Pac! Pac! Pac!
Po krótkiej chwili oszołomienia, jaka nastąpiła w wyniku tych Paców i Ałów, kulka rozejrzała się i widząc wokół siebie dojrzałe, czerwone owoce, wykrzyknęła Hurra! Po czym zaczęła chrupać jedno najbardziej dorodne jabłko.
Chrup chrup chrup. Odbijało się echem dookoła. Ta przyjemna chwila nie trwała jednak zbyt długo, a odgłos chrupanego jabłka został nagle przerwany przez głośne AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! dochodzące od strony zielonego pagórka. Huknęło, grzmotnęło i nagle prosto pod jabłonką wylądowało coś czarnego i kosmatego, a zaraz potem na owo czarne, kosmate coś spadł grad czerwonych jabłek.
Pac! Ał! Pac! Ał Pac! Ał!
Dało się słyszeć tym razem.

Kosmate coś podniosło się czym prędzej, zacisnęło z całych sił kosmate piąstki i nadęło się do czerwoności.
– Ja ci pokażę! – Wykrzyknęło głośno, po czym złapało najbliżej leżący owoc i cisnęło nim w górę z wielką mocą.
Całej tej sytuacji przyglądała się z zaciekawieniem czerwona kulka.
– Kim jesteś? – Zapytała nadętego kosmatego.
Dysząc jeszcze głośno i ciężko, kosmate odwróciło swoją purpurową już buzię i zaciśnięte piąstki w stronę, z której dobiegło pytanie i nie przerywając tupania nóżkami, odpowiedziało:
– Jestem Złość. A co ci do tego?!
– Ja jestem Radość. Sturlałam się tu z zielonego pagórka i właśnie jadłam jabłko, które spadło z drzewa.
– To ten jeż, paskuda jedna, zaszedł mi drogę! Przez niego spadłam. Ja ci pokażę kolczasty gałganie! A to drzewo okropne jak śmiało mnie obrzucać tymi zgniłkami?! Ja ci pokażę ty przerośnięty krzaku! – Krzyczała Złość.
Krzykom tym pewnie nie było by końca, gdyby nie zdarzyło się to, co się zdarzyło. Z kierunku już nam znanego, czyli od strony zielonego pagórka furkotnęło, pyrkotnęło i deszcz czerwonych jabłek ponownie spadł, tym razem obsypując zupełnie nowego osobnika. Gdy Radość i Złość spojrzały w kierunku pagórka, mogłyby przysiąc, że przez chwilę widziały tam jeżowe kolce, które jednak szybko zniknęły wśród zielonej trawy. Tymczasem spod czerwonych jabłek wyłoniła się najpierw nastroszona głowa z parą wielkich oczu. Głowa popatrzyła niepewnie dookoła, trzęsąc się przy tym jak galaretka. Gdy spostrzegła przyglądające jej się stworzenia, z których jedno było włochate, a drugie kosmate, wykrzyknęła tylko: „OJOJOJ!”, po czym szybko schowała się z powrotem między jabłka.

Radość i Złość czekały chwilę w milczeniu, obserwując niezwykły widok, jakim był stos trzęsących się jabłek.
Dyg, dyg, dyg. – Trzęsły się równo jabłuszka, jakby ktoś umieścił je na sprężynach. Trzęsienie to trwało jeszcze chwilę, aż wreszcie Radość podeszła bliżej, wsunęła włochatą buzię między owoce i wyszeptała:
– Hop hop. Ktoś ty?
Trzęsienie ustało i jabłka zamarły bez ruchu. Nastała cisza.
C I S Z A
Nastroszona głowa z niebieskimi kudełkami wyjrzała więc ze swojej kryjówki, a za głową wyjrzały też jej niebieskie ręce i nogi, które lekko jeszcze dygotały.
– Jejejestem Ssstttrrrach.
– Bardzo mi przyjemnie. Ja jestem Radość, a to jest Złość. Ale czemu ty się tak trzęsiesz?
– Szedłem ssobie spokojnie ścieżką, aaż tu nagle zza pagórka coś na mnie wyskoczyło, chyba jakiś potwór. Ooolbrzymi, musiał mieć ze dwa metry i kolce wielkie i ostre! Rzuciłem się do ucieczki i wylądowałem tutaj.
Radość zaśmiała się przyjaźnie.
– Oj Strachu Strachu. To był tylko jeż i to dość malutki, i całkiem zabawny.
– A mi specjalnie zagrodził drogę, łobuz i drań! – Krzyknęła Złość, znów zaciskając piąstki i czerwieniąc policzki. – Ja mu pokażę!
– Ojoj, co to?! – Krzyknął Strach i wszyscy odwrócili się, by zobaczyć, jak po zielonym pagórku toczy się coś prosto pod jabłonkę.
Jabłonka zatrzęsła się, zaświszczała listkami i kilka czerwonych jabłek już stukało w głowę nieznanego stworzenia.
Pac! Pac! Pac!
Radość, Złość i Strach nastawili uszy i oczy. Po chwili usłyszeli wydobywający się spomiędzy jabłek płacz.
AAAAAAAAAA! EEEEEEEEEEE! YYYYYYYYYYYYY! – Dało się słyszeć przejmujące dźwięki.
– Pomóżmy mu! – Zawołała Radość i razem ze Złością i Strachem odgarnęły jabłka na bok. Ich oczom ukazał się mizernie wyglądający osobnik z zaczerwienionymi oczami i szarym futerkiem pozlepianym od łez.
Chlip, chlip – Słychać było cichutko.
– Kim jesteś i dlaczego płaczesz? – Zapytała Radość.
Pociągając nosem i lekko jeszcze chlipiąc, nieznajomy spojrzał dookoła mokrymi oczami.

– Jestem Smutek. Płaczę, bo znowu przydarzyło mi się coś przykrego. Potknąłem się o coś kłującego i poobijałem, teraz wszystko mnie boli, ja zawsze mam pecha.
– Oj biedny Smutku, już dobrze. Ja jestem Radość, a to są Złość i Strach. Bardzo nam miło cię poznać. Czy będzie ci weselej, jak poczęstuję cię soczystym jabłkiem?
Smutek rozejrzał się dookoła po stosie owoców leżących na ziemi.
– Tyle szkód wyrządziłem przez swój wypadek. Jabłka się zepsują, jabłonka będzie stała taka goła i smutna. Tak mi przykro z tego powodu.
– Nie martw się, jabłonce wyrosną nowe owoce. A te które spadły, możemy zjeść. – Pocieszała go Radość.
– Ojoj! – Wykrzyknął znowu Strach i schował się za plecami Złości, by uniknąć zderzenia z czymś, co z furkotem sunęło prosto na drzewo.
Pac! Pac! Pac! Pac! Pac! BUM!
Co to za stworzenie? Dwie sterczące w górze antenki wyrastające z okrąglutkiej brązowiutkiej kulki… Nie, zaraz, to coś wylądowało przecież na głowie, do góry nogami. Złość pstryknęła palcami w gibającą się kulkę, ta przeturlała się i stanęła na nogach. Rozejrzała się, a widząc wlepione w nią cztery pary oczu, skurczyła się i zaczerwieniła. Potem odwróciła się na pięcie i już chciała uciekać, gdy Radość krzyknęła za nią.
– Hej, poczekaj, nie uciekaj, chcemy się z tobą zaprzyjaźnić!

Maleńka czerwona kuleczka zatrzymała się w pół kroku i powolutku odwróciła w kierunku czterech postaci. Żadna z nich się nie śmiała, ani nie wytykała jej palcami. Kulka uniosła głowę nieco wyżej i jakby trochę urosła, jej policzki pulsowały czerwonym kolorem.
– Jak masz na imię? – Zapytała Radość.
– Jestem Wstyd. Tak mi głupio, że tu do was zleciałem i narobiłem szumu, musiało to wyglądać okropnie.
– Nie martw się, nam też się to przydarzyło. Ja jestem Radość, a to są Złość, Strach i Smutek. Ale zaraz, zaraz, jak ty to robisz, że tak się kurczysz? I czy potrafisz zmieniać kolor na czerwony? Twoje policzki tak ładnie świecą.
Wstyd na te słowa skurczył się jeszcze bardziej, był już tak malutki, że pewnie można by było schować go do kieszeni. Ale uwagę wszystkich przyciągnął teraz dźwięk turlającego się cosia, zakończony dźwiękiem spadających jabłek.
Pac! Pac! Pac! Pac! Pac! Pac! Pac! Pac! Pac! Pac!
Jabłonka wydawała się być już naprawdę na skraju wytrzymałości. Jej zielone listki szumiały złowrogo, jakby chciały wygonić nieproszonych gości, którzy wyrządzili jej tyle szkód. Radość, Złość, Strach, Smutek i Wstyd wlepili oczy w kogoś, kto siedział pod jabłonką, rozcierając guza na czole i patrząc dookoła wielkimi oczami wystającymi spod fioletowej czupryny.
– Oooo! – Powiedział ten ktoś, biorąc do ręki jabłko i oglądając je uważnie ze wszystkich stron. – Bardzo ciekawe.
Gdy już przyjrzał się jabłku, zwrócił uwagę na otaczającą go grupkę, która składała się z dość niezwykłych pięciu postaci.
– Oooo! – Zawołał raz jeszcze, wstając na równe nogi. – Kim wy jesteście?
– Witaj, jestem Radość. A to są Złość, Strach, Smutek i Wstyd. A ty kto?
– Jestem Zaciekawienie.
– Bardzo nam przyjemnie cię poznać. – Powiedziała Radość, wyciągając rękę do przywitania, lecz w tym momencie potknęła się o wystający korzeń i wpadła prosto na pień drzewa. Jej czerwonojabłkowe futerko zmieniło się teraz na brązowe, dokładnie w kolorze pnia jabłonki. Jak pewnie zdążyliście już zauważyć, Radość zawsze gdy na coś wpadła, przybierała kolor tego właśnie przedmiotu.

– Oooo! – Wykrzyknęło Zaciekawienie, widząc to niecodzienne zjawisko. – Niesamowite, jak to możliwe?!
– Super, no nie? – Odpowiedziała zachwycona Radość. – A popatrz na to. – I zaczęła skakać i turlać się, odbijając się od kamieni, trawy, drzew i innych rzeczy dookoła.
Hop! Zielony. Hop! Czerwony. Hop! Niebieski. Hop! Żółty.
Aż kręciło się w głowie.
– Ojoj, przestań, zrobisz sobie krzywdę. – Wołał Strach.
– Przestań, przestań! W głowie mi się kręci! – Krzyczała Złość.
– Ja tak nie potrafię. – Powiedział cichutko Smutek, a Wstyd się z nim zgodził.
– Niesamowite! – Powtarzało Zaciekawienie.
– Hurra, hurra! – Wiwatowała Radość wśród swoich podskoków.
W końcu już nieco zmęczona wylądowała na polanie, kończąc na kolorze trawiastozielonym.
Strach myślał jednak o czymś innym.
– Na tym pagórku jest niebezpiecznie. – Powiedział – Łatwo z niego spaść i ktoś w końcu zrobi sobie krzywdę. A jabłonka szumi tak złowrogo, jakby chciała nas stąd przepędzić.
– To wina tego paskudy jeża! – Krzyczała Złość. – Czai się tam za krzakiem, a jak ktoś idzie, wyskakuje nagle i BACH! Lecisz w dół!
– O! Jeż! Jeż to bardzo ciekawe stworzenie. – Wyrecytowało Zaciekawienie. – Nigdy wcześniej takiego nie widziałem. Czy możemy tam wrócić? Chętnie przyjrzałbym mu się z bliska i zadał kilka pytań.
– Jeśli jest taki groźny, to po co tam wracać? – Pytał z przejęciem Strach.
– Tak, tak, wróćmy tam. Już ja mu pokażę, gdzie raki i jeże zimują! – Odgrażała się Złość. – Nie będzie mi tu jeż kolców podkładał!
– Jeż na pewno nie robił tego specjalnie. – Powiedziała Radość. – Chodźmy z nim porozmawiać. To będzie fantastyczna przygoda.
Wszyscy kiwnęli zgodnie głowami i ruszyli przed siebie.
– Hurra! – Wołała Radość.
– Już ja mu pokażę. – Krzyczała Złość, tupiąc nogami.
– Niesamowite! – Powtarzało Zaciekawienie, rozglądając się dookoła i otwierając szeroko buzię.
– Ojojoj, co teraz będzie? – Zapytywał sam siebie Strach, patrząc niepewnie wokół i kryjąc się za plecami swoich towarzyszy.
– Tak mi głupio – Mówił Wstyd, rozpamiętując swój wypadek.
A na końcu tego osobliwego orszaku szedł Smutek ze spuszczoną głową, pochlipując cichutko.