Spotkania bajkoterapeutyczne “Przygoda z Piotrusiem i Emocjami”

Serdecznie zapraszamy dzieci w wieku 6-9 lat na spotkania bajkoterapeutyczne, w czasie których będziemy wspólnie przyglądać się naszym emocjom. Towarzyszami naszej przygody będą bohaterowie bajki „Piotruś i Emocje”. Oprócz wspólnego czytania i słuchania będą też zabawy inspirowane uważnością, czas na poszukiwanie i odczucie spokoju. Będzie to cykl 10 spotkań odbywających się raz w tygodniu. Szczegóły i zapisy pod nr tel. 534219941.

Głowa pełna pomysłów

Był sobie raz chłopiec podobny do innych chłopców. Miał ciekawskie oczy i uszy, które interesowały się wszystkim dookoła. Miał wszędobylskie nogi, którym niestraszne były wysokie płoty i ogromne kałuże. Miał dobre i czułe serduszko, które kochało rodziców    i lubiło kolegów. Miał też głowę, w której mieszkały różne fantastyczne pomysły.             I właśnie ta głowa była bardzo uparta. Tak bardzo uparta, że gdy wpuściła do siebie jakiś jeden pomysł, to nie chciała wpuścić już żadnego innego.

Pewnego dnia z samego rana do głowy chłopca wpadł pomysł, żeby pojechać               z rodzicami do Wesołego Miasteczka. Natychmiast oznajmił ten pomysł rodzicom,     na co oni się zgodzili i powiedzieli, że pojadą zaraz po obiedzie. Z każdą chwilą pomysł ten rósł i rósł tak, że po śniadaniu zajmował już prawie całą głowę chłopca. Na żadne inne pomysły nie było już miejsca.

Niestety między drugim śniadaniem a obiadem na niebie pojawiły się ciemne chmury.   Z każdą chwilą przybywało ich coraz więcej i były coraz ciemniejsze. Gdy był już czas na obiad, z chmur zaczął padać gęsty deszcz, a silny wiatr wyginał drzewa                  na wszystkie strony. Rodzice chłopca powiedzieli, że w takim razie niestety nie będą mogli jechać do Wesołego Miasteczka. Gdy tylko chłopiec to usłyszał, bardzo się zdenerwował. Jak to?! Przecież on chciał dziś jechać! Tak miał pomysł!

Mama i tata próbowali zaproponować mu inne pomysły: wspólne gry planszowe, domowe kino z bajkami, pieczenie ciastek. Ale on nadal upierał się, że chce jechać     do Wesołego Miasteczka.

– Nie podobają ci się nasze pomysły? – Pytali rodzice, którzy byli trochę zasmuceni       a trochę zdenerwowani.

– Nie! Nie! Nie! – Upierał się chłopiec. – Już mam swój pomysł z Wesołym Miasteczkiem. Nie chcę innych pomysłów.

I bardzo rozgniewany poszedł do swojego pokoju. Z miną groźną jak u atakującego lwa chłopiec usiadł przy swoim biurku i patrzył, jak za oknem szaleją deszcz i wiatr. Ale ani deszcz ani wiatr nic sobie nie robiły z jego groźnej miny i szalały dalej na całego.         W końcu chłopiec zmęczony i znudzony tym siedzeniem zasnął z głową opartą o biurko.

Gdy tak spał, nagle ze środka jego ucha wygramoliło się coś, co przypominało maleńką żółtą chmurkę. Chmurka podeszła na brzeg biurka, spojrzała w dół i zawołała cichutko:

– Hej, chodźcie już, on śpi!

Wtedy spod biurka wygramoliły się trzy inne chmurki. Każda była w innym kolorze: niebieskim, zielonym i czerwonym. Kiedy już stanęły wszystkie obok siebie, żółta chmurka zapytała?

– To co wskakujecie?

– Wskakujemy! – Odpowiedziały pozostałe chmurki.

I wszystkie trzy podeszły do ucha chłopca, a potem wskoczyły jedna na drugą, tworząc drabinę. Zielona chmurka, która była najwyżej, próbowała teraz wejść do ucha. Niestety w tym momencie czerwona chmura kichnęła i cała drabina się posypała. Chmurki         z łoskotem pospadały z powrotem na biurko. Słysząc ten hałas, chłopiec otworzył oczy i zdziwiony patrzył na te niezwykłe stworki.

– Kim jesteście? – Zapytał.

Chmurki trochę przestraszone nie miały jednak innego wyjścia i musiały przedstawić się chłopcu.

– Jesteśmy pomysłami. – Powiedziała żółta chmurka. – Ja jestem twoim pomysłem, żeby pojechać do Wesołego Miasteczka. A to są pomysły twoich rodziców:

Wspólne granie w gry planszowe – Ukłoniła się niebieska chmurka

Domowe kino z bajkami – Ukłoniła się zielona chmurka

Pieczenie ciastek – Ukłoniła się czerwona chmurka

– Nie chciałeś ich wpuścić do swojej głowy, a bardzo chciały tam wejść i pomóc ci miło spędzić czas z rodzicami, więc próbowały się wdrapać po kryjomu. Nie wyganiaj ich proszę.

Trzy kolorowe chmurki wlepiły w chłopca proszące spojrzenia.

– Ojej, ja, ja… – Wyjąkał chłopiec zakłopotany. – Ja nie wiedziałem, przepraszam, że was nie wpuściłem, wyglądacie bardzo zabawnie.

– A więc, wpuścisz nas? – Zapytały nieśmiało?

– Jeśli nadal chcecie, to wskakujcie.

Chmurki odetchnęły z ulgą i uśmiechnęły się do niego, a potem wskoczyły przez ucho do jego głowy.

A chłopiec także się uśmiechnął się i z głową pełną pomysłów poszedł do swoich rodziców, zastanawiając się, który pomysł ma być pierwszy.

 

Tymek, Samoś i Inaczek

Był sobie raz chłopiec o imieniu Tymek. Najbardziej lubił on wszystko to, co już dobrze znał: swoich rodziców, swój dom, swojego przyjaciela Kubę, stare trampki, które już go trochę cisnęły w palce, miodowe płatki z mlekiem na śniadanie, Panią Basię z przedszkola i drogę przez las, którą co rano jeździł z tatą… no i jeszcze najbardziej lubił pewnego stworka, który zawsze mu towarzyszył. To był taki mały, śmieszny stworek, którego wygląd, głos i nawet zapach Tymek znał już na pamięć. Gdy Tymek widział tego stworka, to czuł się bardzo dobrze i bezpiecznie. Ten stworek miał takie długie imię … zaraz zaraz, muszę sobie przypomnieć, co to za dziwne imię… Aha już wiem, ten stworek miał na imię: TAK SAMO JAK ZAWSZE. Nie przesłyszałeś się, to właśnie jego imię: TAK SAMO JAK ZAWSZE. Żeby było łatwiej, będziemy go nazywać w skrócie SAMOŚ.

Samoś towarzyszył Tymkowi już od rana w czasie śniadania, gdy Tymek jadł swoje ulubione płatki miodowe. Później jechał z nim i z tatą do przedszkola, tą samą co zwykle drogą przez las. Gdy docierali na miejsce, Samoś szybko biegł przed nimi, żeby zawołać ulubioną Panią Basię i sprawdzić, czy na pewno jest już Kuba. Gdy już to zrobił, Tymek mógł razem z nim iść do swojej najlepszej w całym przedszkolu sali. Przez cały czas Tymek starał się mieć na oku Samosia, bo przy nim czuł się bezpiecznie. Gdy zbliżał się podwieczorek, Samoś dawał znać, że już za chwilę przyjdzie mama zabrać Tymka do domu. Tymek od tego momentu czekał już gotowy do wyjścia.

Ale pewnego dnia wszystko od początku zaczęło się jakoś dziwnie. Tymek wstał rano na śniadanie. Wygodnie rozsiadł się na swoim krześle w kuchni i już chwytał za łyżkę, gdy … ojej! W misce zamiast miodowych płatków była owsianka! Rozejrzał się niepewnie dookoła i nagle zobaczył, że zamiast jego ukochanego stworka o imieniu TAK SAMO JAK ZAWSZE, na drugim krześle siedzi jakiś zupełnie inny stworek. Ten stworek chciał się przywitać z Tymkiem, ale chłopiec odrazu go wygonił przez okno (nie martw się, takie stworki nie mają kości jak ludzie, są takie bardziej gumowe, więc nic mu się nie stało, gdy wyskoczył przez okno). Tymek zaniepokoił się, że nie ma Samosia i wcale nie miał ochoty na owsiankę.

Po nieudanym śniadaniu Tymek wsiadł z tatą do auta, żeby pojechać do przedszkola. Tata powiedział, że pojadą dziś inną drogą, bo musi jeszcze wstąpić na chwilę do Pana Bartka i coś załatwić. Tymek otworzył oczy ze zdumienia. Chciał coś powiedzieć do Samosia, ale jego nie było, a na jego miejscu siedział znów ten inny stworek. Tymek uchylił szybę auta i kazał mu zmykać. Wcale go nie obchodziło, że Stworek uśmiechał się do niego i wyciągał rękę na przywitanie. Był już bardzo zaniepokojony. Przez całą drogę wiercił się niespokojnie i kopał nogami w przedni fotel, tak że aż tata zerkał na niego lekko zdenerwowany.

Ale to jeszcze nie koniec. W przedszkolu stała się rzecz dla Tymka najstraszniejsza. W korytarzu nie przywitała go ulubiona Pani Basia tylko Pani Ela, nigdzie nie widział też Kuby a zamiast Samosia … no nie … to znowu ten dziwny stworek, czego on tu chce?! Tego już Tymek nie wytrzymał. Rozpłakał się z całych sił i za nic w świecie nie chciał wejść do sali. Tata i Pani Ela patrzyli zdumieni. Stworek chciał pocieszyć Tymka i podszedł do niego, ale wtedy Tymek nakrzyczał na niego:

– Idź sobie, nie chcę cię tu, nie lubię cię!

Stworek cofnął się zasmucony i wystraszony, a Tymek uciekł do kąta. Tata podszedł do niego i mocno go przytulił. A potem cichutko rozmawiał z nim przez chwilę. Nikt nie słyszał o czym. Może Ty się domyślasz, co tata mógł powiedzieć Tymkowi? To musiało być coś bardzo ważnego i coś bardzo mądrego, bo potem Tymek zgodził się porozmawiać z tym innym stworkiem.

Stworek przedstawił się Tymkowi:

– Nazywam się INACZEJ NIŻ ZWYKLE, ale możesz na mnie mówić INACZEK. Jeszcze się nie znamy, ale bardzo chciałbym cię poznać i powoli się z tobą zaprzyjaźnić, jeśli mi na to pozwolisz.

Tymek patrzył na niego nieufnie, więc Inaczek znów się odezwał.

– Powiedziałeś, że mnie nie lubisz, ale przecież jeszcze mnie nie znasz. Jeśli dasz mi       szansę, może się okazać, że ja też jestem fajny. Będziesz mógł mnie polubić tak jak Samosia.

Tymek zauważył, że stworek jest trochę zasmucony. To pewnie przez to, że tak na niego nakrzyczał.

– Dziś nie ma Pani Basi i Kuby. – Powiedział zmartwiony Tymek.

– To może dasz szansę Pani Eli i innym kolegom? – Zapytał Inaczek. – Oni też mogą być fajni. A przecież Pani Basi i Kuby też kiedyś nie znałeś. Musiałeś dać im szansę, żeby ich poznać.

Tymek zastanowił się prze chwilę.

– No dobrze, spróbuję. – Powiedział w końcu. Potem spokojnie już pożegnał się z tatą i wszedł do sali razem z Panią Elą.

Inaczek okazał się być sympatycznym i pomocnym stworkiem. Pomógł Tymkowi poznać nowych kolegów, z którymi wcześniej chłopiec się nie bawił. Pani Ela też była miła. Tymek czuł się dobrze, mimo że nie było przy nim Samosia. Pomyślał nawet, że jutro rano spróbuje na śniadanie owsianki.

Świetliści

Są na świecie takie tajemnicze miejsca, których nie można znaleźć na żadnej mapie. Sekretne moce chronią je przed żądnymi przygód podróżnikami. Jednym z takich miejsc jest Świetlista Dolina otoczona Księżycowym Lasem. Skąd wiem o tym miejscu? To musi pozostać moją tajemnicą. Jej mieszkańcy nie chcieliby, żeby zbyt wiele osób wiedziało o ich istnieniu. A nazywają się oni Świetliści. Jest takie powiedzenie, że mowa jest srebrem a milczenie złotem. Świetliści porozumiewają się ze sobą w srebrzysto – złotym języku. Nie wypowiadają słów. Ich myśli i uczucia przybierają kształt srebrzysto – złotych smug światła, które wydobywają się z ich umysłów i wędrują po niebie, by po kilku chwilach stopić się z obłokami lub prysnąć jak bańka mydlana. My pewnie moglibyśmy o nich powiedzieć, że nie są zbyt rozmowni. Świetliści muszą naprawdę dobrze się znać, żeby porozmawiać ze sobą o czymś ważniejszym niż tylko pogoda. Był jednak wśród nich chłopiec, który różnił się od pozostałych. Można by o nim powiedzieć, że to co nosił w sercu, uwalniał zaraz na zewnątrz. Pragnął ze wszystkimi dzielić się swoimi radościami a czasami także smutkami. Lubił przekazywać innym swoje myśli, nie ważne czy byli to bliscy krewni, czy dalecy znajomi. Nie wszyscy jednak odwzajemniali jego życzliwość. Niestety znaleźli się tacy, którzy zaczęli wyśmiewać to, czym się z nimi dzielił, szeptali za jego plecami i przedrzeźniali go. Chłopiec początkowo próbował nie zwracać na to uwagi, ale z czasem te żarty i śmiech stały się dla niego nie do wytrzymania. Chłopiec postanowił, że już nigdy z nikim nie podzieli się swoimi myślami i uczuciami.

Nie było to łatwe zadanie, bo chłopiec był bardzo wrażliwy. Z zaciekawieniem patrzył na świat wokół niego, a w jego głowie wciąż kłębiły się myśli i uczucia, którymi chciałby podzielić się z innymi. Ale od tej pory zamknął się w sobie. Rozmawiał o pogodzie, o wczorajszym obiedzie, jednak nikomu nie pokazywał tego, co dla niego było naprawdę ważne. Inni Świetliści zauważyli tą zmianę. Jego bliscy martwili się i bezskutecznie próbowali dowiedzieć, się, co się z nim dzieje. Żałowali teraz, że nie rozmawiali z nim chętniej. Ci, którzy go wyśmiewali  najpierw byli trochę zdziwieni, a później zupełnie o tym zapomnieli.

Mijały dni i tygodnie. W głowie chłopca było coraz więcej skrywanych myśli  i uczuć i coraz trudniej było mu utrzymać je w środku. Czuł, że musi coś z tym zrobić, musi jakoś się ich pozbyć.

Pewnej nocy, gdy wszyscy spali, poszedł do Księżycowego Lasu. Szedł przed siebie, potykając się w ciemności o wystające korzenie drzew. W końcu dotarł do samego serca Lasu  –  do Królewskiego Dębu. Był to największy dąb w całym lesie. Chłopiec spojrzał w górę na drzewo. Jasny księżyc oświetlał srebrzystym blaskiem jego rozłożystą koronę. Chłopiec westchnął głęboko, rozłożył ręce i objął nimi szeroki pień drzewa. Zamknął oczy i zastygł w bezruchu. Po chwili z jego głowy wydobyła się wąska smuga światła, oplatając drzewo dookoła. Z początku nieśmiało, później coraz żwawiej, szybciej zaczęła przybierać kształty, tworząc najpierw pojedyncze obrazy, a potem całe sceny. Były to wszystkie radości, smutki, lęki i złość, które przez wiele dni chłopiec nosił zamknięte w swojej głowie i sercu. Smuga światła wiła się przez chwilę wokół drzewa, schodząc w dół, po czym zniknęła pod ziemią.

Chłopiec jeszcze przez chwilę stał przytulony do drzewa. Czuł się teraz taki lekki i swobodny, jakby pozbył się wielkiego ciężaru. Teraz już wiedział, że nie musi z nikim rozmawiać, z nikim dzielić smutków i radości. Wystarczy, że przyjdzie tu i wszystko z siebie wyrzuci. I tak było. Chłopiec nadal skrywał przed innymi Świetlistymi swoje myśli i uczucia. A gdy było mu już naprawdę ciężko wytrzymać z ogromnym ciężarem, jaki uzbierał się w jego sercu i głowie, szedł do lasu i wyrzucał wszystko pod Królewski Dąb.

Nie zauważył, że las zaczął się zmieniać. Powoli stawał się coraz bardziej ponury i nieprzyjemny. W końcu dostrzegli to Świetliści, nie wiedzieli jednak, dlaczego las tak się zmienił. Było w nim teraz ciemno, ponuro, nieprzyjemnie. Przestali więc przychodzić tutaj i chłopiec był teraz jedyną osobą, która wędrowała jego ścieżkami. W końcu także on to zauważył. Bardzo się tym zmartwił, bo las był wcześniej pięknym i spokojnym miejscem. To zmartwienie oczywiście stało się dla niego kolejnym ciężarem, którego musiał się pozbyć. Udał się więc pod Królewski Dąb i jak zwykle zaczął wyrzucać swoje myśli i uczucia. Gdy ostatnia smuga światła przedstawiająca jego zmartwienia i troski zniknęła zupełnie pod ziemią, chłopiec otworzył oczy i uważnie rozejrzał się dookoła. Z wielkim zdumieniem i niepokojem zauważył, że w miejscu, gdzie zniknęła, wyrosła kolczasta łodyga i zaczęła szybo się rozrastać. Jakieś lepiące pnącza zaczęły oplatać się wokół jego nóg, próbując wciągnąć go pod ziemię.

Chłopiec próbował wyrwać się, ale  były zbyt silne. W końcu przewrócił się i stracił przytomność. Obudziło go jakieś jasne, ciepłe światło. Powoli otworzył oczy i zobaczył nad sobą małe stworzonko przypominające motyla.

– Kim jesteś? – Zapytał chłopiec, choć oczywiście nie użył do tego słów tak jak my. Jego rozmowa ze stworzonkiem odbywała się za pomocą obrazów malowanych światłem. My byśmy jej nie zrozumieli, bo nie znamy języka Świetlistych, ale oni rozumieli się nawzajem doskonale.

– Jestem twoją radosną myślą. – Odpowiedziało stworzonko. – Tylko mi udało się wydostać spod ziemi i zatrzymać na chwilę w tej pięknej postaci. Ale niedługo ja także zgasnę tak jak wszystkie inne twoje radosne myśli. My możemy przetrwać tylko wtedy, gdy się nami z kimś podzielisz. Inaczej szybko tracimy swoją moc.

– Nie wiedziałem o tym. Te kolce i te paskudne rośliny to też moja sprawka prawda?

– No cóż … tak, niestety. Radość z nikim nie dzielona szybko rozpływa się pod ziemią bez śladu. Ale te nieprzyjemne myśli i uczucia są znacznie silniejsze niż my, a gdy próbujesz je ukryć, to tylko się powiększają. Smutek przybiera postać gęstej mgły, która zasłania słońce. Złość przebija się przez ziemię i tworzy kolczaste krzewy, które mogą zranić, a strach zamienia się w lepiące pnącza, które wciągają pod ziemię.

Chłopiec posmutniał, słuchając tego.

– Ale ja nie mogę się z nikim podzielić tymi uczuciami. Wszyscy mnie wyśmiewają.

– To nieprawda. – Odpowiedział motyl. – Było kilka takich osób, ale przecież jest też wiele takich, które cię wysłucha i zrozumie. Z nimi możesz się podzielić tym co najważniejsze dla ciebie. Z innymi możesz rozmawiać o mało ważnych sprawach.

Stworzonko zaczynało już powoli blednąć i rozpływać się w powietrzu.

– Zaczekaj, nie odchodź jeszcze. – Zawołało chłopiec.

– To nie ode mnie zależy. – Zdążyło jeszcze powiedzieć, po czym zniknęło zupełnie.

Nie chcę, żeby wszystkie moje radości zniknęły bez śladu. I nie chcę, żeby Księżycowy Las już na zawsze został taki ponury. – Pomyślał chłopiec i ruszył przed siebie, odważnie przedzierając się przez kolce i lepiące pnącza. Gdy wrócił do Świetlistej Doliny, udał się prosto do swojego domu i swoich bliskich. Bardzo się oni ucieszyli na jego widok, bo martwili się, że gdzieś zaginął. Chłopiec poczuł znów wielki ciężar w całym swoim ciele, swojej głowie i sercu. Nieśmiało pozwolił jednej małej myśli uwolnić się z jego głowy i przybrać jasny kształt, który inni mogli zobaczyć. Świetliści, widząc ten obraz, ucieszyli się bardzo, bo była to ważna i szczera myśl. Przysunęli się bliżej niego. Na ich twarzach pojawiły się uśmiechy. Nie złośliwe czy kpiące, ale życzliwe i szczere. Chłopiec uwolnił więc drugą myśl, a potem trzecią i czwartą, aż w końcu popłynęły one swobodnie, tworząc całe sceny. Świetliści przyglądali się im z zaciekawieniem i odpowiadali, także uwalniając swoje myśli i uczucia. Chłopiec poczuł, że cały ciężar powoli go opuszcza.

Zrozumiał ważną rzecz. Są takie osoby, z którymi może bezpiecznie podzielić  się wszystkimi swoimi radościami i zmartwieniami. W towarzystwie innych może te ważne sprawy zachować dla siebie. Nie musi wyrzucać wszystkiego ze swojej głowy i serca na zewnątrz, ale też nie musi wszystkiego chować i ukrywać. Zawsze może zdecydować, czy z jakąś osobą podzielić się tym, co dla niego ważne, czy zachować to dla siebie.

Również Księżycowy Las powoli wrócił do swojej dawnej natury. Chłopiec nadal przychodził pod Królewski Dąb, ale nie wyrzucał już tam swoich myśli. Dzielił je z tymi, którym ufał i wiedział, że go wysłuchają.

 

 

Maszyna do szczęścia

W pewnym pięknym, małym domu pośród wielu innych sprzętów mieszkała sobie niewielka maszyna produkująca szczęście. Tak, właśnie tak, maszyna ta wytwarzała szczęście. Wszystkie jej elementy dzielnie i wytrwale pracowały i dzięki temu w całym domu powietrze było pełne szczęścia. Czuły to wszystkie mieszkające tam sprzęty. W domu i wokół niego słychać było radosny śmiech i czuć było otulające ciepło. Najważniejszymi elementami maszyny, które ją napędzały, były trzy zębate koła: duże prawe koło, duże lewe koło i jedno małe kółko. Tylko dzięki zgodnej pracy tych trzech kół maszyna mogła wytwarzać szczęście. Każdy ruch jednego z kół sprawiał, że ruszały się też pozostałe. Szczególnie dwa duże koła, które bardzo dobrze się znały, musiały starać się zgodnie pracować i pomagać mniejszemu kołu.

Niestety z czasem te dwa większe koła coraz trudniej dogadywały się ze sobą. Zamiast kręcić się tak, by wspólnie napędzać produkcję szczęścia, każde z kół miało inny pomysł na to, w którą stronę i jak szybko się kręcić. Małe koło zupełnie nie wiedziało, którego z większych kół ma teraz słuchać i jak ma się kręcić. Po pewnym czasie każde z kół czuło się bardzo nieszczęśliwe, a najbardziej nieszczęśliwe było małe kółko. Maszyna nie mogła już produkować szczęścia. W domu i wokół niego panowała teraz nieprzyjemna cisza, którą czasami przerywał krzyk lub płacz, a zamiast przyjemnego ciepła w powietrzu hulał zimny wiatr.

– Tak już dłużej być nie może. – Powiedziały w końcu duże koła do siebie. – Nie potrafimy już razem tworzyć szczęścia.

I po długiej, długiej rozmowie postanowiły, że lewe koło odłączy się od maszyny. Małe kółko było okropnie smutne z tego powodu. Bardzo lubiło wspólnie pracować i z prawym kołem i z lewym.

– Czy to moja wina? – Pytało małe kółko? – Czy źle pracowałem i przeze mnie maszyna już nie działa?

Ale dwa duże koła wytłumaczyły mu, że nie jest to wcale jego wina, że to one nie potrafią już razem dobrze pracować. I tak największe, lewe koło odłączyło się od maszyny. Teraz małe kółko i duże, które pozostało, próbowały razem zgodnie pracować. To duże starało się ze wszystkich sił, by zastąpić koło, które się odłączyło. Czasami brakowało mu sił, by pracować aż za dwa koła, a i małe kółko nie zawsze chciało z nim zgodnie współpracować.

Aż w końcu pewnego dnia, duże koło powiedziało do małego:

– Bardzo lubię z tobą razem pracować. A Niedawno spotkałam inne duże koło, które też bardzo polubiłam i chciałabym, żeby do nas czasami dołączyło, tak na próbę, żeby zobaczyć, czy uda nam się razem wytworzyć trochę szczęścia.

Małe koło było trochę ciekawe tego nowego dużego koła, a trochę złe, że jakieś obce koło ma z nimi razem pracować, ale z ciekawości zgodziło się, by to nowe koło mogło do nich czasami dołączyć i pomóc im trochę.

Na początku małe koło było nieufne i nie zawsze chciało współpracować z nowym dużym kołem, choć to nowe starało się bardzo być dla niego miłe. Ale z czasem powoli te dwa koła także się polubiły. I wtedy duże prawe koło powiedziało do małego:

– Wiesz, bardzo bym chciała, żeby to nowe koło dołączyło do nas już na zawsze i było częścią naszej maszyny.

Małe koło czuło, że tak się kiedyś stanie, ale nie wiedziało, czy jest na to całkiem gotowe. Miało też mnóstwo pytań na ten temat:

– Ale jak to? To teraz będziemy mieć nowe lewe koło? A co z naszym poprzednim lewym kołem? Mam mówić na tego nowego “Lewe Koło” tak samo jak do naszego poprzedniego lewego koła? Przecież to nowe koło nie jest z naszej maszyny, jak mam z nim współpracować? To wszystko jest bardzo skomplikowane.

Małe koło czuło się bardzo zagubione i zupełnie nie wiedziało, jak się odnaleźć w tej nowej sytuacji. Prawe duże koło wyjaśniło małemu, że może mówić do tego nowego tak, jak będzie chciało i że to nowe lewe koło wcale nie chce zastąpić tego poprzedniego, że będzie zupełnie innym kołem, które spróbuje z nimi wytworzyć szczęście.

I w końcu któregoś dnia, to nowe duże koło dołączyło już na zawsze do maszyny. I ze wszystkich sił starało się pomóc małemu kołu, żeby mogli razem zgodnie współpracować. Było dla niego życzliwe i serdeczne. Poprosiło też, żeby dali sobie trochę czasu na to, żeby dobrze się poznać i nauczyć wspólnej pracy. Małe koło widziało i czuło, że to nowe duże bardzo się stara. Widziało też i czuło, że prawe duże koło jest teraz szczęśliwe.

Po pewnym czasie małe koło uwierzyło, że razem mogą zacząć znów wytwarzać szczęście. I tak też się stało. Powoli koła uczyły się siebie nawzajem, coraz lepiej wiedziały, jak się poruszać, by zgodnie pracować. Wkrótce w małym, pięknym domu znów słychać było śmiech, a w powietrzu unosiło się ciepło. Choć w maszynie zmieniły się elementy, to nadal była przecież maszyną produkującą szczęście, a dzięki temu, że każdy z jej elementów bardzo się starał zgodnie pracować z innymi, to szczęścia było wokół coraz więcej.

Dziwak z Wyspy Środkowej

Na wielce-olbrzymim i wielce-głębokim Oceanie Szmaragdowym, wśród pląsających, wysokich fal rozsiane były maleńkie wyspy. Każda pokryta bursztynowym, gorącym piaskiem i porośnięta różnymi gatunkami drzew i roślin. Jedną z wysp (nazwijmy ją Wyspą Środkową, bo znajdowała się w samym sercu Oceanu Szmaragdowego) zamieszkiwali wysocy i szczupli ludzie o jasnych włosach i jasnej skórze. Z jednej wyspy do drugiej było bardzo daleko, tak daleko, że żaden z mieszkańców Wyspy Środkowej nie wiedział o istnieniu tej drugiej i trzeciej, i czwartej… i nie wiadomo, której jeszcze wyspy. Krążyły jednak legendy przekazywane od lat, że gdzieś daleko, daleko za horyzontem znajdują się jakieś inne lądy. Nikt jednak nie wierzył za bardzo w te bajki, a nawet gdyby ktoś wierzył, to nikt nie miałby ochoty tego sprawdzać, bo wszyscy ludzie czuli się tu ze sobą bardzo dobrze. Byli do siebie podobni z wyglądu i z charakteru, lubili też robić te same rzeczy.

Aż pewnego dnia na wyspie urodził się chłopiec, który na początku wyglądał i zachowywał się tak samo jak inne dzieci, ale im bardziej rósł, tym bardziej stawało się jasne, że różni się on od pozostałych ludzi. Był on niższy i tęższy od innych, miał ciemniejsze włosy i skórę, a na dodatek, jakby tego było mało, coraz bardziej różnił się od innych charakterem i zainteresowaniami. Podczas gdy inne dzieci biegły z głośnym krzykiem kopać piłkę i szalały wśród tańczących fal, on siadał pod drzewem i czytał książkę, a czasami kreślił coś patykiem po piasku, intensywnie się temu przypatrując. Czasami wspinał się na wysokie drzewa i rozglądał dookoła. Ludzie z przymrużeniem oka patrzyli na stawiane przez niego z gałęzi budowle i opowiadane przez niego historie o podróżach w dalekie strony. Mówili mu często, żeby zamiast marnować czas, zajął się czymś pożytecznym. Niektórzy zaczęli nazywać go dziwakiem, a z czasem przezwisko to przykleiło się do niego na dobre.

Raz w roku, w Święto Księżyca mieszkańcy obdarowywali się nawzajem darami. Nie były to jednak zwyczajne podarunki, jakie można by kupić w sklepie, bo na wyspie nie było ani sklepów ani pieniędzy. Obdarowywano się jednak tym, co każdy mógł i chciał podarować drugiej osobie – Szacunkiem, Podziwem, Szczerością, Zaufaniem oraz najcenniejszym podarkiem, Przyjaźnią.

W dziesiąte Święto Księżyca po swoim urodzeniu chłopiec jak zwykle obserwował ludzi, którzy podchodzą do siebie, niosąc w dłoniach srebrzyste kłęby księżycowej poświaty. Kłęby te przekazywali sobie z rąk do rąk, a wtedy przybierały one różne kształty symbolizujące ofiarowywany podarek. Co roku chłopiec marzył o tym, by i jemu ktoś podarował Przyjaźń lub Sympatię. Jednak najczęściej otrzymywał od innych Zdziwienie, a czasem ktoś podrzucił mu Obojętność. Chłopiec przywykł już do tego, jednak z każdym kolejnym Świętem Księżyca coraz bardziej doskwierała mu samotność i coraz bardziej rozmyślał o tym, czy rzeczywiście Szmaragdowy Ocean kryje wśród swoich fal jeszcze inne wyspy, gdzie mógłby spotkać kogoś podobnego do siebie. Rozmyślając tak teraz, spojrzał w wyjątkowo spokojną tego wieczoru taflę wody i zobaczył w niej swoje odbicie.

Jestem inny. Pomyślał. A ponieważ rzeczywiście tak było, chłopiec miał też umiejętność, której nie miał nikt inny na wyspie. Potrafił na każdą sprawę spojrzeć inaczej niż pozostali. I teraz także powiedział sam do siebie w myślach: Gdzieś na pewno jest ktoś, kto jest do mnie podobny.

Zaczął wypytywać sąsiadów o to, czy wiedzą coś o innych lądach, ale wtedy patrzyli na niego z jeszcze większym zdziwieniem i śmiali się do siebie nawzajem. Chłopiec postanowił więc sam się tego dowiedzieć. Coraz częściej czytał teraz różne książki i nikt nie wiedział, że były to historyczne i podróżnicze książki sprzed wielu lat. Były tam czarno-białe rysunki przedstawiające mapy, statki, kompasy. Chłopiec sam kreślił też różne rysunki na piasku, a w czasie gdy inni wspólnie się bawili, on przeszukiwał zapomniane przez wszystkich podziemne skrytki, odkładając na bok znalezione przedmioty. Od czasu do czasu znikał gdzieś na bocznej plaży i wracał dopiero wieczorem bardzo zmęczony. Nikt na to nie zwracał uwagi, bo wszyscy przyzwyczaili się, że chłopiec ma swoje “dziwne” zainteresowania. Aż pewnego dnia chłopiec przybiegł na główną plażę bardzo uradowany.

– Skończyłem! Gotowe! – Krzyczał, śmiejąc się. – Mogę już teraz wyruszyć!

– Dokąd chcesz wyruszyć? – Pytali ludzie trochę zaskoczeni a trochę rozbawieni.

– Wyruszam w poszukiwaniu innych wysp. – Powiedział chłopiec z taką oczywistością w głosie jakby mówił, że dziś jest poniedziałek. – Przecież już dawno wam to mówiłem.

Kilka osób zaśmiało się, jedna Pani machnęła ręką i poszła dalej, a jakiś Pan przewrócił oczami, mówiąc pod nosem “Ten znowu coś wymyśl, poszedłby lepiej w piłkę pograć, jak każdy normalny chłopak“. A potem wszyscy się rozeszli, zostawiając chłopca samego. A on podniósł z ziemi kamyk i cisnął nim z wściekłością w wodę.

– W następne Święto Księżyca dam wam ZNIELUBIENIE! – Krzyknął rozzłoszczony. – Jeśli nadal tu z wami będę. – Dodał już cichutko.

Ale i tak nikt go już nie słyszał. Chłopiec pobiegł między drzewa i przytaszczył za sobą łódkę. Budował ją starannie i pracowicie przez ostatnich kilka tygodni, z materiałów, które znalazł. Najbardziej jednak dumny był ze znalezionego starego kompasu. Wypolerował go teraz dokładnie, pocierając o swoją koszulkę, wziął jeszcze plecak, do którego spakował jedzenie i picie, a potem wepchnął łódkę do wody i wskoczył na jej pokład.

– Kierunek północ, Kapitanie! – Wykrzyknął sam do siebie.

Płynął tak długo, że zrobił się już głodny, a do głodomorów nie należał. I gdy już w jego żołądku odbywał się prawdziwy głodowy koncert, wtedy zobaczył na horyzoncie wyłaniający się powoli ląd.

– To musi być Wyspa Północna! – Powiedział Kapitan znów sam do siebie.

Na spotkanie wybiegł mu chłopiec o kręconych włosach i rumianej buzi.

– Skąd przybywasz? – Zapytał, mierząc go ciekawskim spojrzeniem?

– Z południa, z samego serca oceanu. – Odpowiedział podekscytowany tym spotkaniem mały kapitan.

– A jak masz na imię?

Na to pytanie chłopiec zamyślił się i zasmucił odrobinę.

– Zapomniałem. – Powiedział po chwili. – Wszyscy od dawna mówią na mnie Dziwak.

– Na mnie też tak mówią! – Zawołał ten w kręconych włosach. – Ale, nie możemy przecież mieć takiego samego imienia. Czy mogę wymyślić imię dla ciebie?

– Pewnie!

– Hmmm… Będę cię nazywać… Środkowy, bo przybyłeś ze środka Oceanu.

– Podoba mi się! – Opowiedział uradowany. – A więc ty będziesz Północny, bo mieszkasz na     północy.

– Ha! – Zawołał wesoło ten drugi i razem klasnęli w swoje dłonie.

– Chodź, oprowadzę cię po mojej wyciszalni. – Powiedział Północny.

– Co to takiego WYCISZALNIA?

– No wiesz, to takie miejsce, do którego mnie odsyłają, gdy już jestem za głośno i gdy im za bardzo przeszkadzam. Bo na mojej wyspie wszyscy oprócz mnie są bardzo spokojni. Potrafią godzinami siedzieć w ciszy i bez ruchu, grają w szachy albo czytają książki. A o mnie mówią, że opanowały mnie mrówki i dlatego ciągle się ruszam i hałasuję i często mają mnie dość.

Środkowy słuchał tego z zaciekawieniem.

– U mnie jest trochę odwrotnie. Wszyscy lubią biegać i grać w piłkę, a ja wolę czytać albo coś budować.

Chłopcy patrzyli na siebie w milczeniu. Wyglądało na to, że bardzo się od siebie różnią, ale mimo to każdy z nich poczuł, że lubi tego drugiego.

Środkowy oprowadził Północnego po wyspie i przedstawił go pozostałym mieszkańcom. Ludzie, widząc spokojny charakter chłopca, uśmiechali się do niego życzliwie, co było dla niego dużym zaskoczeniem.

– Widzisz? – Powiedział Północny. – Pasowałbyś tutaj, wszyscy by cię polubili, bo jesteś do nich podobny, nie tak jak ja.

– Ty pasowałbyś do mojej wyspy. – Odpowiedział Środkowy. – Tam też by cię polubili.

Środkowy postanowił zostać jakiś czas na Wyspie Północnej. I chociaż rzeczywiście swoim spokojnym usposobieniem przypominał jej mieszkańców, to bardzo dobrze czuł się w towarzystwie swojego rozbieganego kolegi. Gdy się spotykali w wyciszalni, to Środkowy zazwyczaj siedział pod drzewem, rysując na piasku różne mapy i znaki, o których z zaangażowaniem opowiadał Północnemu. A Północny zwykle biegał wtedy wokół niego, od czasu do czasu zerkając na jego rysunki i wykrzykując “Aha!” albo “Oooo!”, gdy coś go szczególnie zaciekawiło. A gdy już obaj się zmęczyli, to kładli się na plaży i obserwowali chmury. Środkowy leżał cicho i spokojnie, Północny nucił coś pod nosem i turlał się z boku na bok.

Tymczasem na Wyspie Środkowej ludzie zaczęli odczuwać nieobecność Dziwaka. Wszystko wokół nich wydawało im się teraz nudne, nieciekawe, identyczne. Wszyscy wciąż gdzieś biegali, o czymś głośno rozmawiali, grali w piłkę. Nie było wokół nic nowego, interesującego, na co można by zwrócić uwagę. Ludzie poczuli nieśmiało, że tęsknią za swoim Dziwakiem.

A on na wyspie Północnej doczekał kolejnego Święta Księżyca. Tutaj ludzie także wręczali sobie podarki. I gdy nadszedł wieczór wszyscy zebrali się na plaży przy ognisku. Chłopcy siedzieli trochę dalej od pozostałych i obserwowali, jak ludzie zaczynają obdarowywać się nawzajem.

– Ja też mam dla ciebie prezent. – Powiedział nieśmiało Północny. – Ale nie wiem, czy go przyjmiesz.

Z opadającej na ziemię księżycowej poświaty chłopiec uformował kłębek i wręczył go swojemu koledze ze środka oceanu. Gdy Środkowy wziął kłębek, przybrał on najpiękniejszy dla niego kształt. Kształt przyjaźni.

– To najlepszy prezent jaki w życiu dostałem! – Powiedział uradowany i również uformował kłębek księżycowej poświaty. – Chcę ci podarować to samo. – Dodał, kładąc kłębek na dłoni Północnego.

Chłopcy wymienili pierwszy przyjacielski uścisk i z dumą przyglądali się swoim tegorocznym podarkom. A następnego dnia Środkowy zaproponował Północnemu:

– Popłyńmy razem szukać nowych wysp. Jeśli moja wyspa jest w sercu oceanu, a twoja jest na północy, to na pewno jest jeszcze Wyspa Południowa, Wschodnia i Zachodnia. Może i tam spotkamy nowych przyjaciół.

Północnemu spodobał się ten pomysł i tego samego dnia chłopcy wyruszyli w podróż. Swoje przygody i odkrycia zapisywali w specjalnym dzienniku pokładowym, który zatytułowali:

Przygody Poszukiwaczy Przyjaźni na Oceanie Szmaragdowym

                Minął rok, gdy postanowili, że czas wracać do swoich domów. Przyjaciele pożegnali się serdecznie, a  Środkowy obiecał Północnemu, że za kolejny rok przypłynie po niego, by tym razem zabrać go do siebie.

Środkowy wrócił na swoją wyspę w dzień Święta Księżyca. Zdziwił się, że wiele osób przywitało go z uśmiechem, pytając, co u niego słychać. A wieczorem przy blasku księżyca kilka osób podeszło do niego, niosąc swoje podarunki. Tym razem nie było to jednak zdziwienie ani obojętność ale coś zupełnie odmiennego. To było… zainteresowanie i zaciekawienie. Ludzie ci usiedli obok niego i poprosili, żeby opowiedział im o swoich przygodach. A gdy mówił, to nie podśmiewali się złośliwie, ale uśmiechali życzliwie, bo zrozumieli, że ten chłopiec, który się od nich różni, nie jest kimś dziwnym, ale kimś wyjątkowym. I choć wcześniej uważali, że do nich nie pasuje, to teraz pomyśleli, że dzięki niemu ich codzienne życie jest ciekawsze.

 

Smoczy Kodeks

Wysoko nad słońcem, po drugiej stronie nieba, wśród zielonych Gór Pierzastych znajduje się Smocze Królestwo, kraina zwana Dragonią. Włada nią potężny i dzielny Król Wszystkich Smoków, Smok Feliks Wspaniały. Jest on uczciwym i sprawiedliwym królem, a jego poddani czują się dzięki niemu bezpiecznie. Ale dawno temu gdy był on jeszcze małym smokiem, nikt nie wierzył w to, że będzie kiedyś dobrym królem. Wtedy Dragonią rządził tata Feliksa, król Teodor Wielki razem ze swoją żoną, mamą Feliksa, Królową Eureką…

Feliks był wesołym i rozbrykanym smokiem. Uwielbiał latać, śmiać się, bawić i robić innym psikusy. Jego rodzice bardzo go kochali i cieszyli się, że kiedyś zostanie królem Dragonii. Martwiło ich jednak, że Feliks chce robić tylko to, na co ma ochotę i bardzo się buntuje, gdy ktoś każe mu zrobić coś innego.

– Nawet król robi czasem coś, na co nie ma ochoty. – Powtarzała często mama Feliksa.

Feliks bardzo lubił bawić się z innymi smokami. I zawsze ogromnie chciał, żeby wszystko było tak, jak to sobie wymyślił. Nie rozumiał, że jego koledzy mają inne pomysły niż on. Jako królewski smok próbował im często rozkazywać i nie podobało mu się, jeśli ktoś nie chciał go słuchać. A już zupełnie nie znosił, gdy ktoś mu czegoś zabraniał. Gdy Feliks się zdenerwował, potrafił zrobić prawdziwą aferę. Bez opamiętania zionął ogniem, wymachiwał swoim kolczastym ogonem, niszcząc wszystko, co napotkał na swojej drodze, wykrzykiwał też wrogie słowa, które raniły bardziej niż kolce na ogonie.

Pewnego wieczoru zdarzyło się, że Feliks miał wielką ochotę polatać w swojej komnacie. Ponieważ był jeszcze małym smokiem, nie potrafił latać tak doskonale, jak to robią dorosłe smoki. Sunąc wysoko pod sufitem, uderzał swoim kolczastym ogonem o ściany i tłukł różne przedmioty. Mama Feliksa wpadła do komnaty przerażona tym widokiem i stanowczo nakazała synkowi natychmiast wylądować na podłodze. Uparty Feliks nie posłuchał jednak swojej mamy.

– Nie! – Krzyknął spod sufitu. – Ja chcę jeszcze polatać.

I gdy mama próbowała ściągnąć go na ziemię, zaczął krzyczeć i wymachiwać ogonem. A kiedy przelatywał obok nocnego stolika, machnął ogonem tak mocno, że zrzucił na podłogę porcelanową figurkę małej żabki.

– Ups! – Powiedział głośno, lądując na ziemi.

To była figurka, którą mama dała mu kiedyś na szczęście. Feliks wiedział, że mama bardzo lubi tą figurkę. Gdy spojrzał teraz na Królową Eurekę, zobaczył dziwny wyraz jej twarzy.

– Mamo dlaczego ty tak dziwnie na mnie patrzysz? – Zapytał przestraszony, chowając głowę w ramiona.

Mama dysząc ciężko, zbierała z podłogi kawałki porcelanowej żabki.

– Jestem smutna i zła. – Odpowiedziała. – I sama nie wiem czy bardziej jestem smutna czy bardziej zła.

– Czy ta figurka była aż taka ważna? – Zapytał Feliks.

– Ważniejsze od tej figurki jest dla mnie Feliksie, żebyś szanował i wysłuchał, gdy o coś cię proszę.

Mama wyszła z pokoju, zostawiając Feliksa samego, a mały smok zauważył, że chyba jednak bardziej jest ona smutna niż zła. A ponieważ Feliks bardzo kochał swoją mamę, to jemu też zrobiło się smutno.

Feliks chodził do smoczej szkoły, gdzie małe smoki uczyły się różnych technik latania, panowania nad ogniem, poznawały też historię swojej krainy i jej mieszkańców. Uczyła ich mądra i sympatyczna smoczyca, Pani Cecylia. Każdego dnia w szkole był czas na naukę, zabawę i różne obowiązki. Feliks najbardziej lubił zabawę. Gdy Pani Cecylia ogłaszała, że czas ją kończyć i wołała wszystkie małe smoki do kamiennych ławek, Feliks często udawał, że nie słyszy i zostawał sam na polanie, wciąż jeszcze się bawiąc.

– Feliksie już koniec zabawy, teraz czas na naukę. Takie są zasady. – Mówiła Pani Cecylia.

– Ja jestem królewskim smokiem i nie muszę przestrzegać tych głupich zasad. – Odpowiadał Feliks.

Czasami inne małe smoki, widząc, że Feliks wciąż się bawi, też nie chciały się uczyć. Pani Cecylii było wtedy bardzo przykro. I choć lubiła swojego ucznia, to czasem denerwowała się na niego, robiła złą minę i krzyczała. Ale i to nie zawsze działało.

– Feliks pomóż nam posprzątać te gałęzie. – Zawołał kiedyś mały smok, Ignacy.

– Eee, nie mam ochoty, sami posprzątajcie. – Odburknął Feliks.

– To niesprawiedliwe. – Buntowały się inne smoki. – Dlaczego tylko my mamy sprzątać i się uczyć, a Feliks wciąż się bawi?

Ponieważ Pani Cecylia nie wiedziała, co ma zrobić z upartym Feliksem. Opowiedziała o tym jego rodzicom. Również poddani szeptali między sobą, że Mały Feliks nikogo nie słucha i jeśli się nie zmieni, to nie będzie dobrym królem. Król Teodor i królowa Eureka martwili się tymi wieściami.

– Przecież jestem królewskim smokiem, więc mogę robić, co chcę. – Mówił Feliks.

– Bycie królem nie polega na tym, że robisz tylko to na co masz ochotę. Król troszczy się o innych i daje im dobry przykład. – Odpowiadali na to rodzice.

Pewnego dnia Feliks wybrał się na wycieczkę ze swoimi przyjaciółmi smokami, Oskarem i Luizą. Odeszli bardzo daleko od domu i dotarli aż do owczej wioski. Na zielonej polanie, przed swoim domem bawiła się mała owieczka. Feliks pomyślał, że śmiesznie będzie, gdy trochę nastraszy tą owieczkę swoim smoczym ogniem.

– Przecież wiesz, że nie wolno nam bawić się ogniem, takie są zasady. – Próbowali go powstrzymać Oskar i Luiza.

– Jestem królewskim smokiem i mogę robić, co chcę, nie muszę przestrzegać zasad. – Odpowiedział jak zwykle Feliks.

Zaraz potem zakradł się po cichu do owieczki i wypuścił w jej kierunku wielki ognisty podmuch. Owieczka podskoczyła wystraszona i uciekła do swojego domu. Feliks zaśmiał się głośno zadowolony, że jego żart się udał.

– Feliks popatrz! – Krzyknęła nagle Luiza, wskazując na dom owieczki.

Wypuszczony przez Feliksa ogień powędrował z polany aż do drewnianej chatki, w której właśnie była owieczka i wślizgiwał się już do środka. Feliks znieruchomiał przerażony tym, co zrobił.

– Na pomoc! – Zawołała owieczka.

Wtedy Feliks rzucił się na ratunek. Wbiegł do drewnianej chatki i wyciągnął owieczkę na zewnątrz. Bardzo szybko z pomocą przybiegł też słoń, który usłyszał wołanie owieczki. Słoń napełnił swoją trąbę wodą z rzeki i ugasił płonący dom. Na miejsce przybiegły zaraz inne owce. Wieść o pożarze błyskawicznie dotarła także do Dragonii i po krótkiej chwili zaczęły przylatywać smoki. Małej owieczce na szczęście nic się nie stało, ale jej dom był mocno uszkodzony.

Smoki zaczęły szeptać między sobą, że Feliks zachowuje się okropnie i nie nadaje się na króla. A on stał sam ze spuszczoną głową i pomyślał, że mają rację.

Starsze smoki zabrały Feliksa do domu, do jego rodziców. Król Teodor i Królowa Eureka już wiedzieli, co się wydarzyło. Mały smok był pewien, że okropnie go ukarzą i szedł bardzo wystraszony. Ale gdy rodzice go zobaczyli, to najpierw go przytulili, a później powiedzieli wszystkim innym smokom, żeby wróciły do swoich domów, bo oni muszą porozmawiać ze swoim synkiem.

– Mamo, tato, ja nie chciałem zrobić owieczce krzywdy. – Powiedział mały smok przez łzy.

– Wiemy. – Odpowiedziała mama. – Wyciągnąłeś owieczkę z pożaru, jesteś bardzo dzielny. Musisz jednak pamiętać, że nawet królewski smok musi przestrzegać pewnych ważnych zasad.

– A żeby łatwiej ci było o nich pamiętać, to dziś zapiszemy je razem. – Dodał tata. – Stworzymy Smoczy Kodeks dla wszystkich smoków w naszym królestwie.

Feliks długo jeszcze rozmawiał z rodzicami o tym, jakie ważne zasady pomogą jemu i innym smokom czuć się dobrze i bezpiecznie w Dragonii. W końcu ustalili trzy najważniejsze rzeczy, które nadworny pisarz zapisał na kamiennej tablicy:

Smoczy Kodeks

v Swoją siłę i umiejętności wykorzystujemy, by pomagać innym a nie ich krzywdzić

v Jesteśmy tak samo ważni, nie wywyższamy się, ale szanujemy nawzajem

v Gdy ktoś wyrządzi komuś szkodę, to ją naprawia

            Na dole pod tymi zasadami Feliks odcisnął swoją łapę, obiecując, że będzie ze wszystkich sił starał się przestrzegać Kodeksu. Następnego dnia razem z rodzicami przedstawił Kodeks pozostałym mieszkańcom Dragonii. Mały smok przeprosił wszystkich za swoje wcześniejsze zachowanie. Postępując zgodnie z kodeksem, przeprosił też małą owieczkę i pomógł jej odbudować zniszczony dom.

Do tej pory Feliks robił to, na co miał ochotę, nie zwracając uwagi na innych. Teraz gdy ktoś go o coś prosił lub czegoś zabraniał, często miał ochotę postąpić jak dawniej. Wtedy przypominał sobie o Smoczym Kodeksie i swojej łapie odciśniętej tuż pod nim i bardzo mocno przekonywał sam siebie, że potrafi zachować się inaczej. Powoli sprawiało mu to coraz mniej trudności. Mieszkańcy Dragonii zauważyli, że królewski smok się zmienił. A dziś bardzo cenią i podziwiają swojego Króla Feliksa Wspaniałego, najdzielniejszego ze wszystkich smoków.